wtorek, 30 lipca 2013

Moja szkoła rodzenia - lekcja czwarta


Szczęśliwie dotrwaliśmy do końca zajęć. Zakończył się weekendowy cykl 10 spotkań (a w zasadzie 8 wydłużonych), trwających po 3-4 godziny. A przede wszystkim koniec z wstawaniem z rana w każdą sobotę i niedzielę... Nie potrafię ocenić, czy lepsza jest taka przyspieszona nauka czy rozciąganie tych spotkań w czasie. Zależy ile kto ma tego czasu :) 
Ostatnie zajęcia były najbardziej intensywne. Odbyły się na sali gimnastycznej, z wykorzystaniem materaca i dużych piłek. Wiem już jak ćwiczyć w domu przygotowując się do porodu i jak aktywnie przetrwać sam poród, wykorzystując dostępne na sali porodowej sprzęty gimnastyczne. Piłka jest rzeczywiście bardzo przydatnym gadżetem. Samo siedzenie na niej i kołysanie biodrami to już coś. Odciążony kręgosłup, proste plecy, stopy na szerokość bioder, wdechy i wydechy, skłony na boki. Ja na szczęście mam taką piłkę w domu i zamierzam trochę na niej poćwiczyć :)
Dowiedzieliśmy się o zaletach aktywnego porodu i przyjmowaniu wertykalnych pozycji. Wszystko to ma sprzyjać lepszemu ułożeniu się dziecka, zmniejszeniu napięcia, łagodzeniu skurczy. Rolą partnera obecnego przy porodzie, jest także liczenie częstotliwości i długości trwania skurczy. Gdy będzie wiadomo kiedy spodziewać się następnego i ile trzeba wytrwać, łatwiej doczekać do końca. 
Przyznam szczerze, że zajęcia dotyczące kwestii porodu i sposobów przygotowania się na tą "chwilę", spełniły moje oczekiwania. Wiem zdecydowanie więcej i zdecydowanie mniej się boję. Wierzę, że położne przeprowadzą mnie przez te najcięższe chwile, że pomogą w miarę swoich możliwości i umiejętności. Nie jestem pierwszą i jedyną ciężarną. Codziennie położne odbierają po kilkanaście porodów i przyjmują na świat zdrowe, ładne dzieci. Moja ciąża przebiega prawidłowo, mam zdrowy i silny organizm i predyspozycje do naturalnego porodu, więc wszystko jest na dobrej drodze, z której nie ma odwrotu :) Także, jeśli celem tej części zajęć było pozytywne nastawienie, to efekt został osiągnięty. I bardzo bym chciała w październiku móc napisać na blogu - miałam rację, udało się wspaniale :)
Gorzej z połogiem i wszystkim tym, co nas czeka po wyjściu ze szpitala. Teraz jestem otaczana troską i opieką. Mam odpoczywać, leżeć, dbać o siebie, najbliżsi spełniają moje zachcianki, otaczam się pięknymi ciuszkami i akcesoriami dla maluchów. Ale co będzie potem? Zmęczona i wyczerpana wrócę do domu, z Kruszynką w nosidełku i... co dalej? Obowiązkowe szczepienia, wizyty u lekarzy, obserwowanie koloru skóry, koloru kupy, prawidłowych odruchów, pępka, odparzonej pupy... Nikt nie przewidzi tego jakie będzie nasze dziecko, jak się będzie rozwijało, jak radziło sobie ze ssaniem piersi czy leżeniem na brzuchu. Moje obawy mogą się okazać kompletnie bezpodstawne. Może gdy Kruszynka przyjdzie na świat, okaże się dzielnym i spokojnym dzieckiem, z którym wspaniale sobie z mężem poradzimy. Ale niestety nagromadzenie informacji ze szkoły rodzenia, dotyczących PRAWIDŁOWEJ opieki jak na razie mnie przerasta. Mam ochotę kupić gigantyczny arkusz papieru i kolorowymi markerami zapisać na nim hasła : "kolor kupy", "przemyj oczka", "body zapinane z przodu", "maść na odparzenia", "aspirator do noska", "podtrzymuj główkę", "myj pupę pod kranem", "nie zasłaniaj pępka pieluchą", "temperatura w mieszkaniu", "właściwa wilgotność".... aaaaaaa!!!! Odłożyłam na bok książki, gazety i internetowe portale. 
Do tego wszystkiego dochodzi rekonwalescencja mamy po porodzie... Osłabienie, zmęczenie, gojenie się ran, bolące piersi. 
Przez dwie godziny po porodzie obserwuje się mamę i dziecko, później przenoszą oboje na oddział położniczy, gdzie będzie pierwszy posiłek. Należy wypić tez około litr wody, aby w ciągu 6 godzin oddać pierwszy mocz, bo inaczej założą cewnik (przy wypełnionym pęcherzu macica źle się obkurcza i mocno się krwawi). Po około 6 dniach macica schowa się za spojenie łonowe i będzie mała jak pięść, niewyczuwalna przez powłoki brzuszne. Obkurczanie się macicy jest bolesne, można więc łykać Paracetamol. Goi się także rana w macicy, po oddzieleniu się łożyska. Przerwane naczynia krwionośne największe krwawienie powodują w pierwszej i drugiej dobie po porodzie. Gdy po powrocie do domu zaczniemy mocno krwawić, pojawią się skrzepy i ból brzucha, trzeba wrócić do szpitala. Wracamy także, gdy nie ma żadnej wydzieliny - zbyt szybko zamyka się szyjka macicy. Podawane są leki obkurczające całą macicę, a nie tylko szyjkę). Kategorycznie nie zażywamy kąpieli podczas połogu - tylko prysznic. Krocze trzeba przemywać 5 razy dziennie, często wymieniać bawełniane wkładki. Odpoczywamy bez bielizny, a chodzimy w bawełnianych albo siateczkowych majtkach. Używamy szarego mydła Biały Jeleń. Można namydlić gaziki i przyłożyć na minutę do rany po nacięciu krocza. Osuszamy ranę zawsze poprzez ucisk, nigdy przez tarcie. Kwestia szwów - do uszkodzonej śluzówki używa się szwów rozpuszczalnych, do krocza i cesarki - klasycznych zdejmowanych. Zdejmowane są w 5 dobie albo w 7 w przypadku cesarki. Przed zdjęciem szwów trzeba się koniecznie załatwić... Można sobie pomóc czopkiem glicerynowym. 
Podczas nawału pokarmu możemy mieć temperaturę nawet 40 stopni. Trzeba wziąć tabletkę Paracetamolu, odciągnąć pokarm (ale nie do końca) i obkładać piersi liśćmi kapusty. Trzeba tez pamiętać, aby karmić malucha w pozycji spod pachy, bo wtedy ssie mleko z boków piersi i nie zostają grudy pokarmu, a cała pierś jest lepiej oczyszczona. 
No i kwestia diety karmiącej matki. NIE mówimy słodyczom, czekoladzie, ciasteczkom, potrawom smażonym, duszonym, odstawiamy białe pieczywo, a nowe produkty wprowadzamy do diety pojedynczo. Uważamy na kalafior, fasolę, brukselkę - poza tym, że są ciężkostrawne, mają kiepski zapach i dziecko może nie chcieć ssać piersi. 
Info dotyczące przechowywania ściągniętego mleka - w temperaturze pokojowej 12 godzin, w lodówce 48 godzin, a zamrożone nawet 2 tygodnie. takiego mleka nie podgrzewamy. Możemy je ocieplić pod ciepłą woda z kranu. 
Pierwsza kontrola ginekologiczna powinna mieć miejsce po 6 tygodniach od porodu, najlepiej u lekarza, który prowadził ciążę. 
O "błękitnych dniach", czyli depresji poporodowej niewiele powiedzieliśmy...ale może to i lepiej. Nie wiem czy zniosłabym dawkę szokujących informacji. 

A na koniec FORMALNOŚCI. Mnóstwo różnych papierków, karteczek, zaświadczeń itp. itd. Zaczyna się od przyjęcia do szpitala, gdzie na dzień dobry wypełnia się kilkanaście stron podaniowych swoich danych, chorób w rodzinie, informacji o przebiegu ciąży... i najlepsze - powód przyjazdu do szpitala :) Do tego dochodzi podpisanie zgody na wszelkiego rodzaju zabiegi, cesarskie cięcie, podanie znieczulenia... Wszystkie wyniki badań i USG trzeba mieć ze sobą sprytnie ułożone, aby łatwiej było wyszukać te potrzebne. Przyjęcie do szpitala trwa ok 45 minut. Oczywiście przyjeżdżać każą jak najpóźniej, żeby nie trafić na salę przedporodową... No ciekawe ile porodów z tych kilkunastu dziennie odbierają na izbie przyjęć ;)
Przy wyjściu ze szpitala trzeba pamiętać o zabraniu wszystkich dokumentów i wyników, karty wypisu, zaświadczenie o urlopie macierzyńskim, dokumenty potrzebne do aktu urodzenia... Koniecznie Książeczkę Zdrowia Dziecka (książeczka szczepień i karta uodpornienia). W ciągu 14 dni należy zgłosić fakt urodzenia dziecka do Urzędu Stanu Cywilnego, aby otrzymać akt urodzenia. Po numer PESEL udajemy się do Urzędu Gminy, z aktem urodzenia, na którym zostanie wpisany nadany dziecku numer PESEL. Poza tym, trzeba zgłosić urodzenie dziecka w przychodni (najlepiej takiej najbliżej miejsca zamieszkania, teraz nie ma już rejonizacji), wybrać lekarza pediatrę i zgłosić chęć wizyty położnej środowiskowej w domu. Podobno przysługują nam ustawowo 4 takie wizyty. Nie podpisujmy więc na pierwszej z nich papierka, że rezygnujemy z kolejnych. Podczas pierwszej wizyty wszystko może być ok, a za jakiś czas pomoc takiej kobity może okazać się niezbędna. 

Podsumowując - warto uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia. Należy tylko mieć zdrowy dystans do przekazywanych informacji i dopytywać o WSZYSTKO co przyjdzie Wam do głowy. Polecam robienie notatek. Wiedza szybko ulatuje, a do zapisków zawsze można wrócić. Nie udało nam się jeszcze obejrzeć sal porodowych, ale zastanawiam się, czy naprawdę jest mi to potrzebne. Wiem za to, że bardzo bym chciała pójść na jakieś zajęcia na piłce, zadbać o ćwiczenia krocza i poprawić trochę dietę. Trzymajcie kciuki za mój optymizm! Oby z dnia na dzień nie uleciał :) 

Ps. piszcie o swoich odczuciach, zdobytej wiedzy, informacjach, cennych radach, ciekawostkach - bardzo chętnie poczytam o tym, co Wam dało uczestnictwo w takich zajęciach :)


poniedziałek, 29 lipca 2013

Dwudziesty dziewiąty tydzień

Jest coraz cieplej za oknem, a w domu w ogóle nie da się wytrzymać... Mieszkamy na poddaszu, więc wysoka temperatura bardzo nam dokucza. Mama się męczy i źle sypia. Pije dużo wody, stara się ochładzać, ale wciąż jest duszno i gorąco... Całe szczęście, że weekendowa szkoła rodzenia już się skończyła, a wraz z nią wstawanie z rana w każdą sobotę i niedzielę. Chociaż muszę przyznać, że ostatnie zajęcia były super! Rodzice uczyli się, jak masować swoje dzieci :) Podobno taki masaż mnie uspokoi, zrelaksuje, dotleni, pozytywnie wpłynie na mój rozwój, a nawet na stan mojej skóry. Myślę, że przede wszystkim będziemy dobrze się bawić. No chyba, że mam straszne łaskotki, tak jak mama :)
Rodzice już niecierpliwie liczą dni do terminu mojego przyjścia na świat. Całe szczęście, że wyjdę stąd na jesieni, kiedy upały nie będą dokuczały... Mamie też będzie łatwiej znieść ostatnie dni, kiedy to moja waga się potroi. Teraz mam jeszcze sporo miejsca, więc kręcę się i coraz mocniej wypycham łokcie i kolana. Mama co s o tym wie... ;) Ale mówi, że jestem panienką z temperamentem - kopię kiedy chcę, wiercę się kiedy mi się podoba, nie ruszam się na zawołanie, zwłaszcza, jak czuję obce rączki na brzuchu. Mama zastanawia się, czy powinna liczyć już moje ruchy... Wyczytała gdzieś, że codziennie o tej samej porze, po małej przekąsce, powinna zapisywać ile moich kopnięć, szturchnięć i kuksańców poczuje w ciągu godziny. Niedługo czeka nas kolejna wizyta u lekarza, badania i USG. Dopytamy pani doktor, czy to konieczne. W sumie każdy powód do chwili relaksu i drobnej przekąski jest dobry :) Zwłaszcza, że nogi mamie już puchną i powinna jak najwięcej odpoczywać z nogami uniesionymi w górę. Tak mówi tata :) I śmieje się z mamy, bo zrobiła się trochę niezdarna, ciągle coś gubi, rozsypuje, tłucze... teraz ma zachcianki i marudzi. Ale tatuś umie sobie z tym radzić :) Zabawni są ci moi rodzice... :)

piątek, 26 lipca 2013

KAKAOWE MUFFINKI Z WIŚNIAMI

Ogarnęło mnie muffinkowe szaleństwo! I niepoprawne łakomstwo :) Jagodowe babeczki zniknęły w mgnieniu oka. Babcia obdarowała nas wiśniami z działki i od razu w mojej głowie zrodził się eksperymentalny pomysł pieczenia kakaowych babeczek z kwaśnymi wiśniami. A że wszystkie składniki miałam w domu... W mgnieniu oka powstały pachnące i smakowite babeczki w wersji kakaowej.

Składniki :

2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka cukru waniliowego
2 łyżki gorzkiego kakao
1/3 kostki masła
2 jajka
niepełna szklanka mleka
1 szklanka wiśni bez pestek

Przygotowanie :
Masło roztapiamy w rondelku i zostawiamy do ostygnięcia.
W jednej misce mieszamy wszystkie sypkie składniki - mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą oraz cukier puder z cukrem waniliowym, a także kakao. W drugiej, trochę większej misce roztrzepujemy jajka, dodajemy masło i mleko.
Składniki sypkie dodajemy do mokrych i mieszamy.
Dodajemy umyte i wypestkowane wiśnie, pokrojone na mniejsze cząstki. Nie posiadam drylownicy, więc pozbyłam się pestek za pomocą noża. Mieszamy ciasto delikatnie.
Ciasto wlewamy do foremek ustawionych na blaszce do pieczenia.
Tym razem do foremek wlewałam mniej ciasta i z żadnej z nich nic nie wypłynęło :)
Blachę wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i pieczemy 20 minut.
Sprawdzamy patyczkiem czy ciasto jest już dobre i wyjmujemy babeczki, pozostawiając je do ostygnięcia. Wiem, że to trudne, ale cóż...
Udało się! Są pyszne! Trzeba je szybko gdzieś schować, bo znikną! :)


Ps. o nieeeee... dostaliśmy od mamy przepyszne suszone pomidory prosto z Grecji... słona wersja babeczek??

środa, 24 lipca 2013

Wizyta położnej środowiskowej

Po ostatniej rozmowie z naszą położną Martą rozpoczęła się dyskusja na temat położnych środowiskowych. Tego w jaki sposób dowiadują się, że należy przyjść do świeżo upieczonej mamy i noworodka, skąd przychodzą, jak taką wizytę załatwić i jak ona wygląda. Same nie umiałyśmy odpowiedzieć na Wasze wątpliwości, więc poprosiłyśmy o pomoc Martę. 



Mama na karuzeli: Każda z nas w przychodni musiała wybrać kiedyś położną. Ale często już z tych państwowych przychodni nie korzystamy, a wybranej położnej nigdy nie widziałyśmy na własne oczy. Czy teraz, w czasie ciąży albo po porodzie ta położna się z nami skontaktuje? A może my powinnyśmy się zgłosić do niej?

Marta: Po urodzeniu dziecka powinniśmy otrzymać wypis, dokument z przebiegu porodu dla mamy i dziecka oraz książeczkę zdrowia dziecka. To wszystko należy zanieść do naszej przychodni, w której mamy wybranego lekarza, położną i pielęgniarkę. Wtedy w przychodni dowiedzą się, że jesteśmy po porodzie i nasza rejonowa położna środowiskowa sama się z nami skontaktuje, by umówić się na wizytę patronażową po porodzie.

Mama na karuzeli: Skąd wiadomo, która położna przyjdzie?

Marta: W przychodni zazwyczaj pracuje jedna położna środowiskowa, a jeśli są dwie, to będzie to ta, którą wybraliśmy na swoją położną. To ona do nas zadzwoni, przedstawi się i umówi na pierwszą wizytę. Takich wizyt powinno być od czterech do sześciu, w zależności od potrzeby. 

Mama na karuzeli: Czy wizyty położnej są obowiązkowe? Możemy sobie „nie życzyć takiej wizyty”?

Marta: Są tak samo obowiązkowe jak inne wizyty i badania w trakcie ciąży i porodu. Oczywiście zawsze pacjent może odmówić, ale wtedy też przejmuje od pracowników ochrony zdrowia odpowiedzialność za zdrowie i swoje i dziecka.

Mama na karuzeli: A co takiego dzieje się podczas wizyty położnej? 

Marta: Położna na wizycie patronażowej w domu powinna dokładnie obejrzeć mamę i dziecko, a także przyjrzeć się procesowi karmienia piersią i funkcjonowaniu rodziny w nowej sytuacji. Musi sprawdzić czy dziecko jest zdrowe i czy prawidłowo się rozwija i w odpowiedzi na napotkane problemy udzielić nam konkretnych wskazówek i w razie potrzeby skierować nas do specjalistów z różnych obszarów medycznych. Położna ogląda również piersi mamy, bada czy w prawidłowy sposób obkurcza się macica i goi się krocze po porodzie, a także stwierdza czy kobieta ma prawidłowe odchody poporodowe. Poza tym byłoby dobrze, gdyby po prostu pobyła z tą konkretną rodziną, by stać się dla niej realną pomocą w problemach i w trudnych zadaniach do wykonania. 

Mama na karuzeli: Czyli położna środowiskowa nie zapewnia tylko pomocy medycznej, ale również inną, z wielu różnych obszarów?

Marta: Powinna to być bardzo kompetentna osoba, która może odpowiedzieć na nasze pytania i nauczyć nas dbać w odpowiedni sposób o siebie same i nasze dziecko. Powinna być również specjalistką w kwestii karmienia piersią czy powrotu płodności po porodzie i obserwowania jej. Często położna środowiskowa zna też podstawy rehabilitacji, masażu i może nauczyć odpowiedniego zajmowania się noworodkiem oraz zaradzić w wielu problemach z nowo narodzonym dzieckiem. 

Mama na karuzeli: Często używasz słowa „powinna”. Czy to znaczy, że nie wszystkie położne pasują do tego opisu?

Marta: Zdaję sobie sprawę, że ładnie to brzmi a nie zawsze to tak wygląda. Położnych środowiskowych jest mało, kursy są drogie i nie szkoli się ich w odpowiedni sposób i nie inwestuje się w opiekę środowiskowo-rodzinną, co skutkuje często niską jakością tej opieki. Szkoda, bo byłaby to ogromna pomoc dla kobiet i ich rodzin.

Mama na karuzeli: Czyli zależy na jaką położną trafimy… 

Marta: Położne środowiskowe są bardzo różne. Dodatkowo często mają zbyt wielu pacjentów i nie mogą rzetelnie się nimi zająć. Zdarza się, że jest jedna, osobista wizyta patronażowa, która sprowadza się głównie do wypełniania dokumentacji i szybkiego „zaliczenia” takiego spotkania, bo system na więcej nie pozwala. Zadziwiające jest dla mnie to, że często kobiety mówią, iż położna była u nich jeden raz, ale i tak więcej nie była potrzebna. Potem okazuje się, że ta same kobiety są zapłakane, bo nie wychodzi dobrze karmienie piersią, albo nie mogą sobie poradzić z kolką u noworodka i dzwonią do mam, teściowych i innych doradców, którzy nie są specjalistami w tej dziedzinie i tego typu pomoc kończy się bardzo różnie. 

Mama na karuzeli: Czyli lepiej korzystać z wiedzy i pomocy doświadczonych położnych, jeżeli już nam się uda trafić na kompetentne osoby. A czy położna środowiskowa to jest ta sama położna, która odbiera porody?

Marta: W Niemczech, albo w krajach skandynawskich ta sama położna prowadzi ciążę swojej pacjentki, opiekuje się nią i jej rodziną po porodzie, a nawet jest możliwość, by przyjęła poród w wybranym miejscu przez kobietę. Po porodzie przez dwa tygodnie jest codziennie u kobiety po porodzie, potem coraz rzadziej, ale ma jeszcze długo kontakt z daną rodziną po narodzinach dziecka. Położne w innych krajach potrafią spędzać pół dnia w domu u pacjentów, instruować ich w niektórych czynnościach, zaradzać w problemach i pomagać we wszystkim. Tam kobiety potrzebują tej opieki i cieszą się z niej. 

Mama na karuzeli: Myślę, że my też potrzebujemy. Nawet jeśli czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Marta: Jest wiele do zrobienia w kwestii jakości opieki w ciąży i po porodzie w Polsce oraz w zakresie ciągłości opieki przez jedną położną od okresu planowania ciąży do kilku miesięcy po porodzie. Kobieta w takich warunkach może czuć się bezpieczna, zna swoją położną a ona ją i jest w wstanie jej lepiej pomóc w porodzie i po porodzie. W Polsce obecnie pojedyncze położne prowadzą ciążę. Poza tym inne położne przychodzą na wizyty patronażowe po porodzie i inne pracują w blokach porodowych. 

Mama na karuzeli: Jest jakaś szansa, że ten system się zmieni?

Marta: W trakcie moich studiów magisterskich spotkałam się z bardzo dobrą opieką położnych z Opola. Czasami nawet w niesprzyjającym systemie można spróbować zorganizować dobrą opiekę. Wszystko zależy od ludzi. Osobiście widzę, jak ta dziedzina się rozwija, jak młode dziewczyny po studiach chętnie uczestniczą w kursach dla położnych środowiskowych i liczę na to, że doczekamy się tak dobrej, a nawet jeszcze lepszej opieki okołoporodowej w Warszawie i w całej Polsce. 





wtorek, 23 lipca 2013

TEST : MUSTELA - SPECJALNY KREM DO PIELĘGNACJI BIUSTU oraz PODWÓJNIE DZIAŁAJĄCY KREM PRZECIW ROZSTĘPOM

O wyborze przeze mnie tych kremów zadecydowały pozytywne opinie innych mam oraz renoma samej marki. Laboratoires Expanscience Polska Sp. z o.o. jest francuską firmą farmaceutyczną produkującą dermokosmetyki, suplementy diety oraz leki. Firma założona została w 1950 roku we Francji, a w Polsce jest obecna od 10 lat z dermokosmetycznymi markami Mustela i Noviderm.
Mustela "9 miesięcy" to seria kosmetyków stworzona dla skóry kobiet w czasie ciąży i po porodzie. Rozstępy, napięcie piersi, zmęczone nogi, wysuszona i podrażniona skóra, pozbawiona napięcia i elastyczności, uszkodzone i wrażliwe na karmienie brodawki - zgodnie z zapewnieniami producenta, z tym wszystkim powinny sobie poradzić kosmetyki z serii "9 miesięcy". Ja wybrałam dwa z gamy ośmiu zaoferowanych produktów : SPECJALNY KREM DO PIELĘGNACJI BIUSTU oraz PODWÓJNIE DZIAŁAJĄCY KREM PRZECIW ROZSTĘPOM.

Krem do pielęgnacji biustu sprzedawany jest w tubie o pojemności 125 ml. Mimo wysokiej ceny (ok 75 zł za opakowanie), jest dość wydajny. Stosuję pierwsze opakowanie już 5 miesiąc, nakładając niewielką ilość kremu raz dziennie, wieczorem przed snem. Producent oczywiście zaleca stosowanie kremu dwa razy dziennie, ale jest to mało praktyczne, gdy rano od razu po aplikacji kremu trzeba założyć biustonosz. Wieczorem jest chwila, aby krem się wchłonął. A wchłania się szybko i bardzo ładnie rozprowadza, przy delikatnym masażu okrężnymi ruchami od zewnątrz piersi do środka. Dekolt i szyję traktuję kremem okazjonalnie. 

Konsystencja kremu jest bardzo przyjemna i delikatna. Praktycznie w ogóle nie pachnie. Rzeczywiście zmniejsza uczucie napięcia piersi. Nie wypowiem się odnośnie niwelowania bólu, bo na szczęście ból piersi mi nie towarzyszy. Piersi tracą elastyczność z racji swojego ciężaru, liczę, że krem zapobiegnie ich wiotczeniu. Na razie nie narzekam :) Nawilżenie i regenerację skóry widzę zdecydowanie (tak podobno działa nagietek lekarski i peptydy awokado).
Producent rekomenduje stosowanie kremu od samego początku ciąży do zakończenia okresu karmienia. Mam mieszane uczucia odnośnie smarowania nim piersi w okresie karmienia. Czas pokaże, jak bardzo moje piersi będą potrzebowały takiej pielęgnacji. Ale z punktu widzenia malucha, który ssie pierś, niezbyt przyjemne byłoby mieszanie smaku pokarmu ze smakiem kremu...
Podsumowując, po 5 miesiącach stosowania kremu, jestem zadowolona z działania kremu i wyglądu oraz napięcia skóry moich piersi. Zamierzam zakupić kolejne opakowanie kremu. Wierzę, że skuteczność działania kremu to przede wszystkim kwestia systematyczności jego stosowania i połączenie z ćwiczeniami (na które jest kilka minut wieczorem, gdy krem się wchłania). 


Krem przeciw rozstępom nie wywarł już na mnie tak pozytywnego wrażenia.
Kluczową, zniechęcającą sprawą jest jego konsystencja. Krem po nałożeniu na brzuch i uda ślizga się i wolno wchłania. Masując brzuch przeciągam krem z miejsca na miejsce. Musi minąć zdecydowanie więcej czasu, zanim naciągnę na brzuch koszulkę. Zapach kremu jest intensywniejszy niż preparatu do biustu. Producent wspomina coś o delikatnej nucie róży, jaśminu, fiołka, cyklamenu i rumianku. Cóż... moim zdaniem pachnie nieciekawie i nie wyczuwam żadnego z tych składników. Stosuję krem 5 miesięcy.
Od początku miałam niewielkie rozstępy na udach. Krem może delikatnie je złagodził, przy stosowaniu raz dziennie (rano nie sposób byłoby czekać, aż się wchłonie). Na brzuchu na razie nie zauważyłam żadnych rozstępów. A skoro wiem, że moja skóra ma tendencję do ich powstawania, to wierzę, że jak na razie stosowanie kremu skutecznie zapobiega ich powstawaniu. Plusem kremu jest to, iż zgodnie z zapewnieniami producenta wycisza nadmierną wrażliwość i przede wszystkim zmniejsza swędzenie skóry. Umiarkowanie nawilża i ujędrnia. Nie uczula, a ja mam atopowe zapalenie skóry i mój organizm toleruje kremy tej marki. 
Opakowanie to tuba o pojemności 150 ml. Cena wysoka - ok 100 zł (chociaż w pakiecie z innym kremem albo na różnego rodzaju promocjach w drogeriach i aptekach można dostać nawet za ok 60 zł).
Podsumowując, po 5 miesiącach stosowania kremu nie zauważyłam rozstępów na brzuchu, a rozstępy na udach delikatnie złagodniały. Pamiętajmy, że powstawanie rozstępów to nie tylko zewnętrzna pielęgnacja kremami, ale także działanie hormonów, niewłaściwa dieta, szybki przyrost masy ciała i rozciąganie się skóry, a nawet uwarunkowania genetyczne. Po skończeniu opakowania nie planuję kupić kolejnego, chyba, że nie znajdę w sklepach innych, godnych uwagi preparatów. Ale zamierzam się rozejrzeć i stosować także masaż oliwą z oliwek albo olejkiem migdałowym, wzbogacić dietę witaminą E (orzechy).

poniedziałek, 22 lipca 2013

Moja szkoła rodzenia - lekcja trzecia


Tym razem zajęcia na poważnie. Kto do tej pory się nie bał, dziś zaczął. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie, gdy patrzyło się na twarze innych. Temat przewodni - poród. Wszystko zaczyna się od obniżenia brzucha na dwa tygodnie przed terminem porodu (tym właściwym, zapisanym w gwiazdach, nie tym z okresu czy USG). Jeśli dobrze zrozumiałam, to w tym czasie podczas oddawania moczu, przez około 2-3 dni, wydobywa się tzw. czop śluzowy, podobny do ciągnącego się białka jajka. A że najlepszym momentem na przyjście dziecka na świat jest 38-39 tydzień, to już od 35-36 tygodnia powinnyśmy dużo odpoczywać, spacerować sobie, czytać dobre książki... żeby do porodu przyjechać wypoczętą. Około 35 tygodnia można podobno popijać herbatkę z liści malin (do kupienia w sklepach zielarskich), która to wzmacnia mięśnie macicy, aby poród trwał krócej (picie tej herbatki nie ma wpływu na moment przyjścia dziecka na świat). 
W tym czasie skraca się także szyjka macicy. Do samego porodu musi się skrócić zupełnie i wtedy mówi się o pełnym rozwarciu. Położna na naszą prośbę próbowała opisać ból jaki nas czeka i powiedziała, że podczas okresu szyjka macicy skraca się minimalnie i minimalnie rozszerza, a niektóre z nas skręcały się z bólu. Także aby doszło do całkowitego skrócenia i pełnego rozwarcia, ból ten jest zwielokrotnieniem tego, który miewałyśmy przy okresach. Cóż, no zawsze jest to jakiś punkt odniesienia, chociaż ja należę do tych szczęśliwców, którzy okresy przechodzili prawie bezobjawowo i więc pojęcia nie mam czego się spodziewać i do czego to porównać... A może to dobry znak, może jestem tak zbudowana i odporna, że wszystko odczuję mniej intensywnie niż sobie wyobrażam... 
Podczas tego skracania się szyjki macicy może pojawić się nie tylko ból, ale i plamienie. Bawełniana wkładka higieniczna którą mamy nosić, pokryje się różowawym śluzem. Wtedy należy spokojnie udać się pod ciepły prysznic albo do kąpieli i spokojnie zażyć Nospę (zwykłą 3 x 2 tabletki, a Forte 3 x 1 tabletkę). Jeśli bóle się wyciszą, to oznacza, że poród jeszcze się nie rozpoczyna. Innymi objawami zbliżającego się porodu jest obrzęk twarzy, zacieranie się rysów twarzy spowodowane zatrzymaniem się wody w organizmie, zmiany hormonalne (rozdrażnienie, zaniepokojenie, przypływ energii). Może też pojawić się biegunka - naturalne oczyszczanie się organizmu, więc nie należy przypisywać jej dolegliwościom żołądkowym (wcześniej obniżająca się główka uciskała z jednej strony na pęcherz, a z drugiej na odbytnicę, powodując zaparcia). Jeśli biegunka nie wystąpi, to położne sugerują lewatywę, dla lepszego samopoczucia i komfortu. Zdarzyć się może także popuszczanie moczu, ale to czysta fizjologia, której nie należy się wstydzić :) No i najważniejsze - dwa sygnały oznaczające rozpoczęcie się porodu : ODPŁYNIĘCIE PŁYNU OWODNIOWEGO i SKURCZE. 
Gdy worek z płynem owodniowym pęknie u góry, wtedy płyn dosłownie leje się z dróg rodnych. Ale gdy pęknie u góry, płyn się zaledwie sączy. Jeśli więc obudzimy się w nocy plamą na prześcieradle, to po obmyciu się włóżmy wkładkę higieniczną. Sucha wkładka oznacza, że po prostu popuściłyśmy. Ale jak w ciągu godziny będziemy zmuszone zmienić mokra wkładkę dwa albo trzy razy, to z pewnością płyn owodniowy. Od tego momentu mamy 3-4 godziny na dotarcie do szpitala. I to powinien być czas, na spokojne zebranie się, zabranie toreb z rzeczami, a przede wszystkim na zjedzenie czegoś. Pod warunkiem oczywiście, że dziecko jest w ułożeniu główkowym, rusza się, a kolor wód płodowych jest mętny, jakby odrobinę mleczny czy nawet różowawy, a nie zielonkawy, bo wtedy nie czekamy, tylko do razu udajemy się do szpitala (smułka dziecka jest ciemno zielona - może ją zrobić jak przyciśnie pępowinę). Ale gdy wszystko jest ok, możemy także wskoczyć do wanny. Woda będzie trochę brudna, więc trzeba ją wymieniać. Gdy nie mamy jeszcze czynności skurczowej, można drażnić brodawki, 10 minut każdą. Jeśli trafimy do szpitala bez czynności skurczowych, to po 6 godzinach zostanie podana oksytocyna. 
Jeśli mamy skurcze przepowiadające, musimy je liczyć. Nie kulić się, nie chować, tylko starać się spacerować sobie, wejść do wanny, przykładać sobie do brzucha i do kręgosłupa ciepły ręcznik albo lniany woreczek z pestkami wiśni - wkłada się go na chwilę do mikrofalówki i podobno wspaniale trzyma ciepło. W ciągu pierwszej godziny powinno wystąpić 12-14 skurczy (co 5-7 minut), w ciągu kolejnej tak samo, a każdy skurcz trwa kilka, kilkanaście sekund i jest coraz dłuższy. I tak aż do porodu, gdy skurcze są co chwila i trwają minutę. Brzuch jest oczywiście twardy jak ściana. Ciężko się oddycha, ale czym wcześniej się wytrenowało oddech tym będzie łatwiej. Słyszałam oczywiście od wielu mam, że teoria teorią, ale jak przyjdzie właściwy moment, to niczego z tych dobrych rad się nie pamięta... 
Dobrze, jeśli poród zacznie się w domu. Gdy przyjedziemy do szpitala za wcześnie, lekarz ma obowiązek nas przyjąć, ale jeśli poród jest odległy i to fałszywy alarm z pewnością odeśle do domu. W innym przypadku położy nas na patologii ciąży albo sali przedporodowej, co spowoduje tylko większy stres związany z wyczekiwaniem. 
No i sprawa dla mnie dość istotna - OCHRONA KROCZA. Najłatwiej ochronić krocze przy pierwszym porodzie. Położne starają się uniknąć nacięcia, ale my musimy się trochę przygotować i wspomóc naturę. Ćwiczyć mięśnie Kegla, masować krocze (od 36 tygodnia, olejkiem z wiesiołka lub migdałowym, po kąpieli, gdy śluzówka jest rozpulchniona, delikatnie masujemy, wklepujemy, jak krem pod oczy), leczyć wszelkie stany zapalne, nosić bawełnianą bieliznę i używać bawełnianych wkładek higienicznych, podmywać się 2-3 razy w ciągu doby. 
Najszerszy obwód główki dziecko na na wysokości guzów czołowych i w momencie ich ukazania się podejmuje się decyzje o nacięciu krocza. Nacięcie wykonuje się podczas skurczu i jest podobno praktycznie nieodczuwalne. Położne nawet nie uprzedzają rodzącej o konieczności nacięcia. Poród z ochroną krocza jest troszkę dłuższy, więc jeśli po skurczu spadnie tętno dziecka, nie ma mowy o ochronie krocza. Nacina się je, aby przyspieszyć wyjście dziecka na świat. Może się także zdarzyć, iż główka dziecka urodzi się bez potrzeby nacinania krocza, a ułożenie dziecka spowoduje napieranie barkiem czy łokciem na krocze i wtedy delikatnie przytrzymuje się główkę, żeby podczas skurczu bark czy łokieć nie wyskoczyły gwałtownie i nie spowodowały rozerwania krocza. Mnie osobiście nie przeraża tak bardzo opcja nacięcia krocza, jak jego zszywanie... Rana zszywana jest w znieczuleniu miejscowym, nacinana jest nie tylko skóra, ale i mięśnie, więc szyć powinien ktoś doświadczony, kto zrobi to profesjonalnie i porządnie. I tego się obawiam... Nie dopytałam też, czy aby na pewno zakładane są szwy rozpuszczalne, czy zwykłe i potem jeszcze trzeba je zdjąć...
Oj, biorę się za ćwiczenia mięśni i delikatne masaże. 
Oglądaliśmy także filmy z porodów. Film nagrany w naszym szpitalu, najbardziej realistyczny. Poród szybki, ale bardzo intensywny. Przerażający był oczywiście krzyk i jęk rodzącej, ale położne cały czas podpowiadały co robić, jak reagować, nacięły krocze, co było na filmie ledwo zauważalne. Pozostałe filmy były filmami dokumentalnymi. Jeden, bardzo stary przypominał ten z lekcji biologii w podstawówce, a drugi chyba z Discovery. Za to położna poleciła nam film "Pierwszy krzyk", który oglądaliśmy z mężem już wcześniej i przyznaję, że warto. Bardzo ciekawy film ukazujący porody w różnych zakątkach świata, w mniej i bardziej cywilizowanych warunkach. warto przyjrzeć się twarzom przyszłych mam - my zauważyliśmy, że tylko kobiecie rodzącej w jednym z europejskich szpitali nie schodził z twarzy grymas bólu i cierpienia. 
Jeszcze coś. W naszym szpitalu jest siedem sal porodowych. Zakładając, że w każdej będzie rodząca, anestezjolog zarządził, że tylko trzy z rodzących mogą mieć podane znieczulenie. Jeśli któraś z tych trzech urodzi, dopiero kolejnej może zostać podane znieczulenie. Są też butle z gazem rozweselającym. Dwie na te siedem sal. 
Przeszkodą w podaniu znieczulenia jest także małopłytkowość krwi - można więc zdecydować się na znieczulenie, a z wielu przyczyn nie zostanie ono podane. 
Rozmawialiśmy także o pozycjach jakie można przyjąć podczas porodu. Położna zachęcała do częstej zmiany pozycji, instynktownie poszukując tej, która w danym momencie przynosi największą ulgę. Oprócz samej pozycji istotny jest ruch, siadanie na piłce, chodzenie, kręcenie biodrami. W ten sposób ułatwiamy także dziecku prawidłowe ustawienie się w kanale rodnym. 

No i na koniec tego spotkania lista rzeczy do szpitala - dla mamy, dziecka i osoby towarzyszącej. 

DOKUMENTY i WYNIKI BADAŃ: 
- dowód osobisty 
- karta przebiegu ciąży
- wyniki badań (grupa krwi i Rh, HBs Ag, WR, posiew z szyjki macicy, ostatnia morfologia i badanie moczu, USG po 36 tygodniu ciąży, inne istotne informacje, np. konsultacja okulistyczna)

RZECZY DLA MAMY : 
- dwie wygodne koszule (do porodu i do karmienia)
- biustonosz do karmienia
- szlafrok, skarpety, klapki
- paczkę jednorazowych pieluch, stosowanych jako podpaski
- przybory toaletowe
- dwa ręczniki (kąpielowy i zwykły)
- ręczniki papierowe
- woda mineralna niegazowana 1,5 litra
- banana, czekoladę 
- woda w aerozolu do odświeżania twarzy
- poduszka "jasiek" przydatna przy karmieniu

RZECZY DLA DZIECKA: 
- bawełniane body (3 szt.)
- kaftaniki (3 szt. cienkich, 3 szt. grubszych)
- śpioszki (3 szt.)
- pajacyki (3 szt.)
- czapeczki bawełniane (2 szt.)
- skarpetki i rękawiczki
- kocyk
- ręcznik
- kilak pieluszek tetrowych i pampersy 
- mokre chusteczki 

RZECZY DLA TATY :
- wygodne ubranie na zmianę
- klapki lub kapcie
- coś do jedzenia i picia

Do mnie chyba jeszcze nie dociera powaga sytuacji. Cieszy mnie stan w jakim jestem teraz, zdrowie moje i dziecka, no i dobre samopoczucie. Wniosek jest jeden. Trzeba korzystać z pięknych dni, dobrego humoru i błogiej nieświadomości :)

Dwudziesty ósmy tydzień

Szczęśliwie dotarliśmy do siódmego miesiąca! Jest nam dobrze, zdrowo i wesoło. Rodzice są szczęśliwi i spokojni. Mama bardzo dobrze się czuje, jest aktywna i uśmiechnięta. Tata spędza z nami dużo czasu, chodzimy wspólnie na wszystkie zajęcia w szkole rodzenia. Dostaliśmy pocztą paczuszkę z płytą z kołysankami instrumentalnymi dla dzieci. Bardzo przyjemne i spokojne melodie, wyciszają i uspokajają. Ja dotrwałam do końca płyty, ale rodzice... usnęli już przy drugim utworze :) Chciałam żeby się ze mną pobawili, pogłaskali brzuszek, ale widocznie byli bardzo zmęczeni... No to i ja wtuliłam się w łożysko i postanowiłam się zdrzemnąć. Noc nie była wcale taka długa. Teraz mama wstaje wcześniej i krząta się po domu. Ćwiczymy z rana na takiej dużej, dmuchanej piłce, żeby mięśnie mamy lepiej przygotowały się do porodu. Śniadanka też są coraz lepsze. Mama ma więcej czasu na ich przygotowanie, a ja czuję już coraz więcej smaków. Apetyt nam dopisuje, kilogramów przybywa. Ale wszystkie wyniki badań są bardzo dobre. Spadło tylko żelazo, więc mama łyka tabletki (je gorzką czekoladę i szpinak...bleeeee....). A ja bardzo lubię jabłuszka i marchewkę. Tak jak tatuś!
Chodzę z mamą do pracy. Jest trochę nudno i cicho, ale na szczęście nie siedzimy tam długo. Mamusia nie chce jeszcze iść na urlop, dopóki dobrze się czuje. No i jak tak siedzę w tej ciszy i spokoju to ćwiczę. Co ćwiczę? Czkanie i mruganie :) Mam już wyraźnie zarysowane rzęsy, brwi i włoski na głowie. Mamusia często opowiada tacie, że śni o tym, jaka będę, jak będę wyglądała, jak się śmiała i bawiła. Ja też o Was śnię kochani! Ciekawość świata zewnętrznego sprawia, że i moje sny są wyjątkowe... Wspominałam już, że nie mogę się doczekać, aż Was zobaczę? Po urodzeniu co prawda nie będę jeszcze widziała wyraźnie, więc będziecie musieli pochylać się nade mną. Za to bardzo intensywnie będę wyczuwała zapachy. Zapomnijcie więc o drażniących perfumach!

sobota, 20 lipca 2013

UBRANKA Z DRUGIEJ RĘKI

Justyna swoim wpisem pobudziła do dyskusji odnośnie zaopatrywania się w używane ciuszki dla dzieci. Ja ZDECYDOWANIE mówię TAK ubrankom z drugiej ręki! Wczoraj szukałam kilku drobiazgów dla przyjaciółki, której miesiąc temu urodziła się córcia. Mothercare, Smyk, Endo, 5-10-15, H&M i... załamałam się. Asortymentem, cenami i jakością ubranek. Pomyślałam o hipermarkecie - w Auchan jest całkiem spory dział z dziecięcą odzieżą. No i owszem, znalazłam kilka ciuszków w niskich cenach (body za 10 zł, pajace za 17 zł), ale niektóre nawet nie leżały obok bawełny, a inne rozchodziły się na szwach, że nie wspomnę o kolorystyce i nadrukach, które z pewnością nie wytrzymały by jednego prania. Nie byłabym sobą, gdybym nie zakupiła na wyprzedaży jedynego pajacyka w rozmiarze 62, przecenionego z 69 zł na 15 zł. Gdy w domu pokazałam pajacyk mężowi i spytałam ile by za niego dał, powiedział, że nie więcej niż 20 zł. Też był zszokowany pierwotną ceną sprzed przeceny. Mogę więc śmiało powiedzieć, że moje dziecko nie będzie miało wszystkich ciuszków z drugiej ręki :) I moge się założyć, że ten pajacyk będzie najmniej używanym ciuszkiem, zakładanym na specjalne okazje, a i tak po dwóch praniach nie będzie wyglądał lepiej niż reszta ciuszków, tych z drugiej ręki.

Dlaczego ja stawiam na ubranka z second-handów : 

  • w cenie jednego nowego ubranka ze sklepu mogę kupić kilka używanych,
  • dziecko bardzo szybko wyrasta z ubranek, a częste zmiany garderoby są kosztowne,
  • mogę znaleźć naprawdę wyjątkowe i oryginalne ciuszki, markowe i dobre gatunkowo,
  • widzę po używanym ubranku w jakim jest stanie po kilku praniach i mam pewność, że jeszcze kilka prań wytrzyma, bo niektóre nowe ubranka po pierwszym praniu wyglądają dużo gorzej, farbują i rozciągają się, 
  • nie jest mi szkoda, gdy ubranko się ubrudzi czy zniszczy,
  • pobudki ekologiczne, ograniczenie ilości odpadów, kiedy to ubranko może posłużyć więcej niż jednemu dziecku.

Bardzo rzadko zdarza mi się kupować ubrania przez internet. Niestety nie mam zaufania do sprzedających i nie do końca wierzę w zamieszczane przez nich opisy, a nawet najlepszej jakości zdjęcia nie oddają tego, w jakim stanie jest sprzedawany ciuszek. Mieszkam w dużym mieście, gdzie roi się od second-handów, więc wolę udać się do sklepu i wybadać jakość ubranka osobiście. W większych miastach często organizowany jest także tzw. szafing dziecięcy, czyli spotkania, na których można wymieniać się dziecięcymi rzeczami z innymi rodzicami czy odsprzedawać i kupować rzeczy za symboliczną kwotę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każda z nas ma taką możliwość i rozwiązaniem w takim przypadku są zakupy za pośrednictwem internetu. W sieci jest już sporo firm, które prowadzą sklepy z dziecięcą odzieżą używaną. Przy zakupach w takim miejscu, mamy możliwość dokonania zwrotu/wymiany zakupionego towaru bez podania przyczyny w ciągu 10 dni. Nie mamy takiej możliwości, gdy kupujemy coś od prywatnego użytkownika. Pozostaje nam dopytać o ewentualną możliwość zwrotu, o rzeczywisty stan ubranek, poprosić o dodatkowe zdjęcia. Nie dajmy się skusić zbyt niską ceną. Niektóre mamy za wszelką cenę chcą się pozbyć zalegających w szafie podniszczonych ubranek po ich pociechach i naginają prawdę o sprzedawanych ciuszkach. Warto zastanowić się, czy nie mamy czasem jakiejś kumpeli czy kuzynki w większym mieście, może stałej bywalczyni second-handów, która rozejrzałaby się za dziecięcymi ubrankami w wolnej chwili i podesłała kilka. To też jest jakieś rozwiązanie :) 

Dodam jeszcze, że wyszukując ubranka w second-handach trzeba zwrócić uwagę na tkaniny z których są uszyte. Najbardziej przyjazna dziecku jest oczywiście bawełna, która nie podrażnia delikatnej skóry maleństwa. Zwłaszcza mali alergicy i dzieci chore na atopowe zapalenie skóry źle znoszą takie materiały jak wełna, wiskoza, nylon, len czy poliester. Nie zapominajmy także o sznureczkach, ściągaczach, guzikach, cekinach i innych ozdóbkach, które nie tylko są dla dziecka niewygodne, ale mogą zostać przez nie połknięte. 

Ubranka noszone wcześniej przez inne dzieci należy oczywiście dobrze wyprać. Możemy je wyprać oddzielnie, w specjalnych środkach do prania przeznaczonych do ubranek dzieci i niemowląt, które są delikatniejsze od detergentów stosowanych przez dorosłych. Warto więc rozważyć także pranie swoich ubrań w takim proszku dla dzieci, gdyż ma ono kontakt z naszymi rzeczami podczas przytulania czy spania w naszej pościeli. Sprawdźmy na opakowaniu zalecaną ilość proszku i pamiętajmy, aby wypraną odzież dobrze wypłukać. I tu lepiej sprawdzają się płyny do prania. A żeby ubranka nie straciły koloru dobierajmy także odpowiednią temperaturę prania, niższa niż dla białej bawełny. Śpioszki, kaftaniki czy body, które dotykają bezpośrednio skóry malucha pierzemy w 95 stopniach, podobnie jak ręczniki, pościel dziecka oraz pieluszki tetrowe. Pozbywamy się w ten sposób zarazków i roztoczy. 

Nie próbowałam natomiast dodawać do proszku do prania antybakteryjnych olejków eterycznych. Kwestia wrażliwości skóry i tolerancji niektórych zapachów to bardzo indywidualna sprawa. Podobno działanie antybakteryjne ma olejek eukaliptusowy i z drzewa herbacianego, ale nie wiem czy zaryzykowałabym skrapianie nimi całego prania... 

Jak sterylizator działa także wysoka temperatura prasowania - usuwa drobnoustroje, których nie pozbyliśmy się podczas prania. Zaleca się prasowanie wszystkich ubranek noworodka, ale od drugiego miesiąca życia wystarczy prasowanie tylko tych, które dotykają skóry malucha. 

Kupowanie ubranek dla mniejszych i większych szkrabów, to na prawdę sama przyjemność :) Wystarczy odrobina dobrych chęci i trochę wolnego czasu. Jeśli macie taką możliwość - gorąco polecam! Satysfakcja gwarantowana :) A poniżej moje cudeńka upolowane ostatnio : 

 Sukienusia z mięciutkiej bawełny, szaro-różowe paski, serduszkowe guziki, które wydają się całkiem dobrze przyszyte i usytuowane w dość dobrym miejscu. Nieznana mi firma Pumpkin Patch, na 6-12 miesięcy. Cena ok 5 zł.
 Urocza, bawełniana sukieneczka, czyściutka i bialutka, ozdobiona miękkimi koronkami. Niestety zapinana na suwak z tyłu... ale na 18-24 miesiące. Tureckiej firmy Peros. Cena całe 2 zł.
 Komplecik dobrany samodzielnie. Moja ulubiona bluza/kaftanik z mięciutkiej, białej bawełny, kolorowy kapturek w środku, żyrafa wychodząca z kieszonki. Cieplutki i milutki, zapinany z przodu na zastrzaski. Firma Mini Club, na 3-6 miesięcy. Spodenki dresowe, bawełniane, miękkie i przyjemne w dotyku, z luźną gumką, firmy George, na 6-9 miesięcy. Będziemy podwijać nogawki :) Cena kompletu - mniej niż 10 zł.
 Zupełnie nowiutki welurowy kaftanik, jeszcze z metką. Cieplutki i baaardzo przyjemny w dotyku. Zapinany z przodu na zatrzaski, bardzo ładnie wykończony. Na 6-9 miesięcy, firmy Morris Mouse, cena ok 6 zł.
A to rampers (Słowo powstało prawdopodobnie z połączenia dwóch wyrazów: pampers oraz ramka - często na body bez rękawków mówi się potocznie body ramka). Delikatna, miękka bawełna, zapinany z przodu na zatrzaski. Stan idealny, ślicznie wykończony, motyw delikatnych kropeczek i zielone ramówki. Nie sposób było nie kupić - Mothercare, cena 3 zł. Na 3-6 miesięcy.

piątek, 19 lipca 2013

MUFFINKI Z JAGODAMI

Moja mama przywiozła mi z urlopu na łonie natury własnoręcznie uzbierane JAGODY :) Są takie pyszne!!! Część z nich od razu zniknęła, część dotrwała do dnia następnego i łakomczuchy zjadły je z bitą śmietaną, a resztę postanowiłam wykorzystać do muffinków. Przyznam, że to mój debiut. Nawet silikonowe foremki pożyczyłam od przyjaciółki, bo wyczytałam, że same papilotki są zbyt miękkie i ciasto się z ich wylewa. Teraz już wiem, że przy najbliższej okazji muszę się zaopatrzyć w blaszkę do babeczek. Rzeczywiście robi się ja prosto i szybko, a kombinacji smakowych jest ogrom! Z owocami, z bakaliami, czekoladowe, cytrynowe, owsiane, marchewkowe, z cukinią, z suszonymi pomidorami... i mnóstwo, mnóstwo innych.

Składniki : 

2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka cukru waniliowego
1/3 kostki masła
2 jajka
niepełna szklanka mleka
1 szklanka jagód

Przygotowanie :
Masło roztapiamy w rondelku i zostawiamy do ostygnięcia.

W jednej misce mieszamy wszystkie sypkie składniki - mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą oraz cukier puder z cukrem waniliowym. W drugiej, trochę większej misce roztrzepujemy jajka, dodajemy masło i mleko.
Składniki sypkie dodajemy do mokrych i mieszamy. Podobno wystarczy połączyć składniki byle jak, dozwolone wszelkie grudy... ja wymieszałam je od tak, do momentu połączenia się składników. 
Dodajemy umyte i osuszone jagody. Mieszamy delikatnie. 
Ciasto wlewamy do foremek. Ja swoje silikonowe foremki ustawiłam na dużej blaszce do pieczenia.
Miałam tylko 10 foremek, a przepis jest na 12, więc przesadziłam rozlewając całą porcję ciasta i niestety z kilku foremek ciasto się przelało... łatwiej zapewne byłoby wlewać masę do formy wyłożonej papilotkami...
Blachę wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i pieczemy ok 20 minut.
Sprawdzamy patyczkiem czy ciasto jest już dobre. Pachną, apetycznie wyglądają... nie wytrzymałam - zjadłam jedna jeszcze ciepłą.

Mniam... pycha! Nieźle, jak na pierwszy raz :)

środa, 17 lipca 2013

Używane lepsze niż nowe!

Na szczęście jest to prawda, o której wiedzą niemal wszystkie współczesne mamy: używane ubranka dla dzieci są równie dobre jak nowe, a czasami nawet lepsze! To prawda, że sklepy dla dzieci oferują teraz niesamowity wybór ślicznych ciuszków, ale niestety wszystkie zdajemy sobie sprawę z tego, że cena tych ubranek nie jest mała. Szczególnie, że niektóre z nich dziecko założy zaledwie parę razy, a innych nie założy wcale: bo urośnie, bo urodziło się odrobinę większe i już się nie mieści, bo śliczne koronki i guziczki są niebezpieczne dla niemowlaków, o czym nikt w sklepie nie pomyślał… 



Dlatego warto się zastanowić, czy naprawdę opłaca się wydawać małą fortunę na zupełnie nową wyprawkę dla malucha, czy czasem nie zastanowić się nad zakupem ciuszków w second handach. Jakie są plusy takiego wyboru? Poniżej wypisałyśmy argumenty za:

  1. Dzieci rosną tak szybko, że i tak co chwilę trzeba im kupować nowe ubranka, więc nie ma sensu wydawać na nie dużych pieniędzy.
  2. Dzieci niszczą i brudzą ubranka tak szybko, że i tak co chwila trzeba im kupować nowe, więc (znów) nie ma sensu wydawać na nie dużych pieniędzy.
  3. W second handach można znaleźć mnóstwo ładnych, dobrych gatunkowo i niezniszczonych ciuszków za dużo mniejsze pieniądze.
  4. Używane ubranka są niepowtarzalne, można wyszperać coś oryginalnego, czego nie będą miały inne dzieci.
  5. Kupując używane ubranka chronimy środowisko.
  6. Dzieci, szczególnie niemowlaki, i tak nie zwracają uwagi na to, co mają na sobie:)

Jedynym argumentem przeciwko używanym ubrankom jest to, że nie znamy ich źródła i jeżeli kupujemy przez Internet, może się okazać, że będą bardziej zniszczone niż wynikało to ze zdjęć. To jest ryzyko nad którym trzeba się zastanowić. Warto również poświęcić w ciuchlandzie chwilę i przeczytać metki ubranek. Sprawdzić, czy będzie można bez problemu je wyprać, a może i wygotować, aby nabrały miękkości i świeżości. Wtedy naprawdę będą wyglądały jak nowe. Poproszę Patrycję (która jest specem od używanych ubranek), aby napisałam Wam na co zwracać uwagę, jakie materiały najlepiej wybierać i co zrobić z ciuszkami, aby skutecznie je odświeżyćJ No i żeby obfotografowała swoje ostatnie ubraniowe zdobycze, bo naprawdę jest się czym zachwycać!

Czy Wy też jesteście fankami ciuchlandów? Co myślicie o kupowaniu używanych ubranek dla dzieci?







wtorek, 16 lipca 2013

Liebser Blog Award po raz drugi:)

Dostałyśmy kolejną nominację Liebster Blog Award! Bardzo się cieszymy i dziękujemy:) To wspaniale wiedzieć, że komuś podoba się to, co robimy. 

Poprzednie nominacje umieściłyśmy w jednym poście, ale ponieważ było to już jakiś czas temu i pojawiło się wiele nowych blogów, to postanowiłyśmy stworzyć nowy post. Na początek trochę informacji o samej nagrodzie:

Wyróżnienie Liebster Blog Award jest przekazywane przez nominowanego kolejnym 11 blogerkom lub blogerom jako uznanie za” dobrze wykonaną robotę” Osoba wyróżniona odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę , która blog nominowała do wyróżnienia, a następnie również wyróżnia 11 blogów informując o tym w podziękowaniu za wyróżnienie i jednocześnie zadając swoje 11 pytań do nominowanych. Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

My otrzymałyśmy nominację od bloga Dzieciństwo Panny M. A oto nasze odpowiedzi na pytania:

  1. Ulubiony kwiat? Tulipan oczywiście. 
  2. Ulubiona książka z dzieciństwa? Nie pamiętam tytułu, ale taka duża, gruba, o opowieściach z zaczarowanego lasu. Były w niej wróżki i krasnale i śliczne ilustracje! 
  3. Moją pasją jest... pisanie. 
  4. Chcę być... zawsze radosna. 
  5. W wolnym czasie lubię... przeglądać Internet i blogi:)
  6. Na bezludną wyspę zabrałabym... dobrą książkę! No i coś na komary;p 
  7. Zasypiam zwykle o... różnych porach
  8. Chciałabym... wyjechać na wakacje! 
  9. Jestem Kobietą i... przede wszystkim Kobietą. 
  10. Moje dziecko jest dla mnie... niespodzianką. 
  11. Życie bez mężczyzny było by... prostsze, ale i dużo bardziej nudne!

Blogi, które my chciałybyśmy wyróżnić:

  1. http://marneliablogs.blogspot.com/
  2. http://swiatwedlugmoichdzieci.blogspot.com/
  3. http://princzipeska.blogspot.com/
  4. http://wikipisz.blogspot.com/
  5. http://marttusia.blogspot.com/
  6. http://raaanyjulek.blogspot.com/
  7. http://olafowyswiat.blogspot.com/
  8. http://odczuciaiuczucia.blogspot.com/
  9. http://sadka85.blogspot.com/
  10. http://multisupermama.blogspot.com/
  11. http://piccolo-bambino.blogspot.com/

I nasze pytania:

  1. Jaki jest Twój ulubiony deser?
  2. Wolisz książkę, czy gazetę?
  3. Na wymarzony urlop wybierzesz się...
  4. Najpiękniejszy dzień w Twoim życiu tu...
  5. Wolisz krótkie spacery, czy długie wycieczki?
  6. Najlepsza zabawka dla dziecka to...
  7. Największa zaleta bycia mamą to...
  8. Moje dziecko uwielbia...
  9. Nigdy w życiu...
  10. Kim będziesz za dwadzieścia lat?
  11. Ciąża jest fantastycznym czasem, bo...

Wyróżnionym gratulujemy i zapraszamy do zabawy!


poniedziałek, 15 lipca 2013

Moja szkoła rodzenia - lekcja druga

Kolejna ciekawa lekcja za nami. Grono uczestników powiększyło się do 10 par. Wszyscy chłonni wiedzy. I nie dziwię się. Sama byłam zaskoczona wieloma informacjami. Spotkanie rozpoczęło się pogadanką specjalistki od laktacji. Pani poinformowała przyszłych rodziców, jak wygląda opieka nad kobietą i dzieckiem podczas porodu i pobytu w szpitalu. Spędzimy tam dwie doby, nauczymy się przystawiać dziecko do piersi, a maleństwu zostaną przeprowadzone wszelkie niezbędne badania (wykluczające mukowiscydozę, fenyloketonurię i wrodzoną niedoczynność tarczycy, podaje się witaminę K domięśniowo i szczepi przeciwko gruźlicy), aby można było zabrać pociechę do domu. Brzmi bardzo optymistycznie... Ale niestety w szpitalu pod obserwacją można zostać trochę dłużej, gdy np. pojawi się żółtaczka fizjologiczna. Wiele niepokojących spraw może się także pojawić dopiero po powrocie do domu (żółtaczka, niebezpieczny spadek wagi, infekcje kikuta pępowiny). Podobno do trzech tygodni po porodzie można spokojnie zwrócić się jeszcze do szpitala i położnych (tylko "nie z każdą głupotą"). Później zostaje już tylko przychodnia i położna środowiskowa, która powinna przyjść do domu po porodzie (i po tym, jak zgłosimy noworodka do przychodni) i zbadać, jak goi się pępek u dziecka, zbadać jego skórę, sprawdzić, czy nie ma odparzeń, jak wygląda ciemiączko noworodka, czy dziecko ma prawidłowe odruchy neurologiczne. Przyznam, że kwestie te zostały omówione dość pobieżnie i wywołały tylko nasz niepokój o to, czy damy radę wszystko zaobserwować i zapobiec. 

Z samym przystawianiem dziecka do piersi poszło lepiej. Pani pokazała jak trzymać dziecko (posługując się lalką i sztuczną piersią), jak "zablokować" rączki malucha, żeby nie wsadzał ich do buzi i nie przeszkadzał podczas karmienia. Każda para wybrała sobie lalkę, mamy ćwiczyły karmienie, a tatusiowie nauczyli się jak trzymać dziecko w kąpieli. Pani zalecała kąpiel codziennie, zwłaszcza jak dziecku się ulewa, albo mleko podczas karmienia wpłynie gdzieś w fałdy szyjki albo pod pachy. Przewijanie też poszło sprawnie. Pani sugerowała mycie pupy pod bieżącą wodą pod kranem, trzymając dziecko pod brzuszkiem, tak, aby głowa swobodnie zwisała (zwisać do przodu główka może, podtrzymujemy ją za każdym razem, gdy podnosimy dziecko z leżenia na pleckach). Kilka cennych rad - nie przegrzewamy dziecka, ubieramy mu jedną warstwę więcej niż my sami, do łóżeczka nie wkładamy żadnej poduszeczki, oczka przemywamy wacikiem i solą fizjologiczną od zewnętrznych kącików do wewnątrz, jak pogoda pozwoli to na pierwszy półgodzinny spacer wychodzimy już w czwartej, piątej dobie... :)

Za to zachwyciła nas pani, która opowiadała o rozwoju psychomotorycznym dziecka. Wielokrotnie podkreślała, jak ważne jest układanie maleństwa na brzuchu już od piątej doby życia, jeśli tylko się odważymy. Sześć razy dziennie po minucie. Dziecko będzie płakać i "dziobać" główką, więc trzeba je będzie podnieść, przytulić i uspokoić. To nie jest łatwe, ale ma olbrzymi wpływ na dalszy rozwój. Do 3-go miesiąca dziecko powinno stabilnie trzymać główkę, do 4-go - przewracać się z boku na bok, a do 6-go z plecków na brzuch. Do 8-go miesiąca podnosi się z leżenia na brzuchu do pozycji klęku podpartego i zaczyna czworakowanie - bardzo ważny etap. 9-ty miesiąc wstawanie i siadanie, 11-sty wstawanie i chodzenie bokiem, np. przy meblach. 14-16 miesięcy chodzenie w konkretnym celu, np. do mamy. Buty zakładamy dziecku najpóźniej jak można, lepsze są skarpetki z podeszwą antypoślizgową. 

Kwestia nosidełka... tzw. fasolka, gdzie maluch leży w pozycji embrionalnej - tylko do 6 tygodnia życia. Zbyt długie trzymanie w chuście w pozycji pionowej powoduje ucisk głowy na kręgosłup. Leżaczkom także mówimy nie - lepiej kłaśc dziecko na podłodze, na macie edukacyjnej, gdzie dziecko aby zobaczyć rodzica będzie podnosiło głowę do góry, będzie próbowało się obracać i zadzierać do góry nóżki. Ciekawostka - najlepsza byłaby mata edukacyjna czarno-biało-czerwona, gdyż maluch najlepiej widzi kontrasty, ale podobno takiej jeszcze nie wymyślili... W łazience możemy położyć dziecko nawet na dywaniku na podłodze, a w kuchni np. na krzesełku do karmienia, które ma funkcję rozkładania na płasko (przyznam, że zerknęłam do internetu w poszukiwaniu takiego krzesełka i niestety jeszcze nie znalazłam...). Dziecko źle znosi intensywne zapachy. Dobrze, gdy mama używa tych samych kosmetyków do mycia, które stosuje u dziecka. Warto wspomnieć o tym dziadkom, którzy wylewają na siebie litry wody po goleniu i nachylaja się nad łóżkiem wnuczka, a wnuczek w krzyk. 

Oprócz tzw. motoryki dużej (dźwiganie główki, unoszenie się itp.), jest jeszcze kwestia rozwoju tzw. motoryki małej. Wspomóc nas w tym może kilka "drobiazgów"... dla 7-8 miesięcznego malucha przydadzą się drewniane puzzle z takimi drobnymi uchwytami - maluch łapie każdy element za ten uchwyt (tzw. chwyt pęsetowy) i przenosi z miejsca na miejsce (ułożenia puzzli we właściwe miejsca możemy spodziewać się dopiero około drugiego roku życia... Można też rozdrobnić chrupki kukurydziane i dziecko będzie każdy z okruszków chwytało w dwa paluszki i wsadzało do buzi. Dopiero około 9-go miesiąca wykształca się tzw. chwyt obcęgowy. Duża, dmuchana piłka przyda nam się już w czasie ciąży, ale 6-8 tygodniowe dziecko możemy już kołysać na takiej piłce. Pierwszym zmysłem dziecka, który rozwija się już w życiu płodowym jest zmysł równowagi (dlatego też, jeżeli u dziecka w brzuchu obserwujemy konkretne pory aktywności, to po porodzie najprawdopodobniej dziecko będzie aktywne dokładnie w tym samym czasie). Przyda nam się także huśtawka. Dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na zamontowanie na suficie w salonie haków, Pani polecała huśtawkę w kształcie obręczy z naciągniętym materiałem, na której noworodek może być bujany już od pierwszych dni (huśtawka zachwycają się podobno także sami rodzice, gdyż spokojnie wytrzyma ciężar dorosłego, tyle że... ja znów nie znalazłam takie huśtawki w internecie). Idealnym prezentem na pierwsze urodziny dziecka jest klasyczna, drewniana huśtawka, montowana w futrynie drzwiowej. Podobno idealnie sprawdza się połączenie bujania z bodźcem pobudzającym inny zmysł, np. słuchanie muzyki (Mozart podobno już nie działa, teraz najlepszy wpływ na dziecko ma blues). Można także podczas bujania pokazywać dziecku obrazki np. zwierząt i wydawać dźwięki jakie wydaje dane stworzonko (pokazujemy obrazek kota i mówimy "miauuu"). Logopedzi będą nam za to wdzięczni :) 

Ostatnią część zajęć stanowił instruktarz dla przyszłych tatusiów, prowadzony przez doświadczonego masażystę. Pan uczył naszych partnerów, jak mają nam ulżyć w bólu pleców, karku, nóg, stóp... Nie tylko podczas ciąży, ale i podczas samego porodu. Nie sposób opisać te ćwiczenia, ale myślę, że wystarczy odrobina wyobraźni i delikatne głaskanie zbolałych okolic kręgosłupa, aby taki "masaż" relaksacyjny pomógł ukochanej ciężarnej :) Mój mąż dzielnie podpatrywał, sprawdzimy czego się nauczył ;) 




niedziela, 14 lipca 2013

Dwudziesty siódmy tydzień

Kolejny tydzień w brzuszku mamy za mną. Jeszcze tylko 3 miesiące i zdecydowanie wychodzę. Świat jest zbyt ciekawy, żeby siedzieć tu i widzieć zaledwie pomarańczową poświatę w piękne, słoneczne dni i bawić się w kółko pępowiną. Przyglądam się już od kilku dni moim nogom. Są takie krótkie i grubiutkie, a pan doktor na ostatnim badaniu USG, oglądając moje nóżki i kość udową, powiedział, że piękne nóżki mam po mamusi... No i teraz nie mogę przestać się zastanawiać, jak wygląda moja mamusia? Wiem już, że jest strasznym nerwusem i o wszystko się martwi. To badanie USG było po to, by udowodnić mamusi, że z moim spadającym tętnem to jakaś pomyłka. Oczywiście miałam rację! Tętno 143 uderzenia. Postanowiłam dać się obejrzeć od czubka głowy po koniuszki paluszków u nóg. To pozowanie było całkiem przyjemne... Mamusia widziała mój mózg, moje ramionka, brzuszek, usteczka, serducho pod wszystkimi możliwymi kątami i... całą resztę. Lekarz potwierdził, że jestem dziewczynką, powiedział że jestem śliczna i mam piękne usteczka. Cóż to za miły komplement! Zarumieniłam się, chciałam schować gdzieś główkę no i przyłapali mnie, jak wtulam się w łożysko. Podejrzeli też jak ssam kciuk, a jak znudziła mi się cała ta zabawa i zaczęłam ziewać, mama z zachwytem krzyknęła "oooo...ziewa kochanie moje... ". Lekarz oszacował, że ważę już prawie kilogram. No ja nie wiem czy na pewno tyle, ale miejsca mam tu już coraz mniej. Rodzice pilnie uczą się w szkole rodzenia, jak przygotować się do porodu i opieki nade mną. Ćwiczą kręgosłup i oddechy, mama już wie, jak przystawiać mnie do piersi, a tatuś jak mnie wykąpać w wanience. A co ze mną? Gdzie lekcje dla mnie? Jak ja mam sobie radzić na świecie? Będę musiała ssać maminą pierś? To tak samo jak kciuk, tylko leci jedzonko? I czemu mam się myć w jakiejś wanience? No i jak mam sobie radzić z moimi panikującymi rodzicami???

piątek, 12 lipca 2013

KRUCHE CIASTO Z OWOCAMI

Tym razem coś na duuuuży apetyt :) Albo w sam raz na rodzinne spotkanie. Wygrzebałam przepis mojej cioci, której wypieki zmywają sen z powiek (sernik śni mi się po nocach, serio!). Planowałam upiec kruche ciasto z truskawkami, ale nigdzie nie znalazłam już ładnych i wartych zakupu truskawek... Dlatego zdecydowałam się na jabłka. Kwaśne i twarde. Kupiłam dwa kilogramy malutkich, pysznych jabłuszek... wszystko pięknie, gdyby nie to, że dopiero w domu do mnie dotarło, że będę musiała je wszystkie obrać i pokroić. Było trochę zabawy... Ale smak ciasta zrekompensował mi wszystko :) No i ta ilość - cała gigantyczna blacha. Może nie zniknie tak od razu...

Składniki :


1 kg mąki (tak, tak - cały kilogram, ale możecie spróbować upiec połowę porcji, ja niestety nie mama odpowiedniej blachy...)
1 szklanka cukru (przy takiej ilości ciasto wcale nie wychodzi takie słodkie, więc jeśli ktoś lubi słodsze można dodać więcej cukru)
4 jajka (całe)
1 proszek do pieczenia (na 1 kg mąki)
1 cukier waniliowy (na 1 kg mąki)
1 kostka masła (250 g)
2 łyżki śmietany 18%
2 kg jabłek (kwaśnych i twardych, do mniejszej porcji odpowiednio mniej owoców)
cynamon

Przygotowanie :
Zaczynamy od umycia, obrania i pokrojenia jabłek na ćwiartki i na plasterki. Na pełną porcję ciasta radzę wyciągnąć z szafy sporą miskę. Miękkie masło wymieszać z cukrem, cukrem waniliowym i jajkami. Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Dopóki konsystencja jest rzadka można mieszać mikserem, potem zdecydowanie lepiej ugniatać ręką.



Dodać śmietanę i zagnieść ciasto w kulkę. Podzielić na pół.
Rozwałkować połówkę i przenieść na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Oczywiście na taką dużą, płaską blachę, która standardowo jest na wyposażeniu przeciętnego piekarnika. Zamiast papieru można wysmarować blachę masłem i obsypać bułką tartą. Ciasto jest dość lepkie, więc można kawałkami załatać puste miejsca na blaszce.

Na wierzch ciasta układamy pokrojone jabłka. Wszystkie jabłka - wyjdą dwie warstwy. W sumie czym więcej nadzienia owocowego tym lepiej :)

Jabłka posypujemy obficie cynamonem. 
Drugą część ciasta rozwałkowujemy i przenosimy na blachę. 

Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170-180 stopni, na 35-45 minut, do momentu aż się zarumieni.
Można sprawdzić patyczkiem. Najlepiej smakuje jeszcze ciepłe.


Żeby nie wyschło warto włożyć je czymś przykryć albo poporcjować i włożyć do pojemniczków. A jeśli przez przypadek mamy w lodówce lody waniliowe albo bitą śmietanę... mniam... smacznego!