W roli Matki

Trzynasty tydzień

Moja córeczka skończyła już 3 miesiące. Jest zdrowym i pogodnym dzieckiem. Uśmiecha się szeroko i świadomie. Gada już po swojemu. Raz nawet w pogoni za uciekającym smoczkiem odwróciła się z pleców na brzuszek. Innym razem chwyciła mocno wiszącą nad Nią zabawkę i ciągnęła z radością. Ale niestety te cudne i sielankowe chwile znów psują problemy z jedzeniem i snem... Mała od urodzenia je przez kapturki. Nie miała problemu ze złapaniem ich i ładnym ssaniem. Próby łapania samej piersi są nieskuteczne, męczące dla Niej i dla mnie. Kobieta od laktacji powiedziała, że jedzenie w ten sposób nie wpływa na ilość przepływającego pokarmu, wiele kobiet karmi tak dzieci, więc nie widzę sensu męczenia się usilnym przystawianiem do gołej piersi. Aż tu nagle znów przyszły dni, kiedy Mała zaczyna krzyczeć już gdy tylko układam Ją na poduszce do karmienia. Łapie pierś z kapturkiem i jeśli się przyssa, to pije nieźle jakieś 3-5 minut. Potem się odrywa, by w ciągu sekundy znów szukać cyca, łyknąć kilka razy i znów puścić i płakać w poszukiwaniu piersi. I taka "zabawa" trwa 10-15 minut, po czym gdy nie chce Jej się wyciągać słabiej lecącego mleka przekładam Ją do drugiej piersi, przy której sytuacja się powtarza. I nie wiem, czy opróżnia jedną pierś do końca, czy się leni i nie chce więcej, ale w większości przypadków gdy ja naciskam pierś to też nic nie leci albo niewiele. Jedzenie kończy marudna. Nie wiem czy najedzona czy nie. Ale jak dostanie smoczka i zajmie się Ją czymś, to nie płacze że chce jeszcze. W ciągu dnia to nie problem, bo jak zapłacze za dwi godzinki o znów podam Jej pierś, ale w nocy... Kiedyś zasypiała o 22 i potrafiła spać do 6 czy 7 rano. Teraz przed północą nie zaśnie, a budzi się już o 5 czasem 4. Zje i zasypia na trzy godziny, żeby rozpocząć dzień około 9. Gdy miała gorszą noc odsypia w ciągu dnia. Po spacerze mogłaby spać po 7 godzin! I nawet jak Ją wybudzę, to za godzinę marudzi i jest senna. To wygląda trochę jak by Jej się dzień z nocą pomieszały. Tylko jak tu naprawić sytuację, jeśli nie da się Jej przetrzymać żeby nie zasnęła, ani zmusić do zasypiania przed północą? Jest kąpiel, przygaszone światło, cisza i spokój, ja kładę się spać obok, dostaje pierś i butlę z mlekiem modyfikowanym - wszystko jak zwykle. I co, kilka dni temu wystarczało Jej to do przespania nocy? Pediatra ze wzglęu na kiepskie wypróżnianie się kazał odstawić sztuczne mleko. Próbowałam położyć Ją wieczorem spać po samej piersi, to owszem zasnęła bardzo ładnie, ale na 15 minut. Wrrrrr..... ja też potrzebuję snu! Ah, dodam, że Mała waży 5,5 kg. No zwariować można.
A teraz kiedy to piszę, drzemka Małej (obudziła się i najadła około 9), przeciąga się od godziny 10.30 do 13.00!!! A gdzie spacer? Biorę dwa głębokie oddechy i pozwalam Jej spać dalej, tłumacząc sobie nocne rozdrażnienie i poranne odsypianie wczorajszymi podróżami po lekarzach (kontrola u pediatry i babci ortopedy). Zobaczymy co będzie dalej...

Dwunasty tydzień


To był cudowny rok. Bardzo trudny, ale naprawdę wyjątkowy. Dziewięć miesięcy noszenia dziecka pod sercem, a teraz kolejne dni pełne wrażen, gdy Mała jest już z nami. Przed Nią i przed nami kolejne lata. I tylko od nas samych zależy, jakie to będą dni... Po tych prawie trzech miesiącach spędzonych wspólnie z dzieckiem mogę powiedzieć jedno - dzieci są dla odważnych i szalenie cierpliwych. I można przeczytać stertę poradników, a życie i tak wszystko weryfikuje. Niektóre mamy piszą, że ich życie wywróciło się do góry nogami. Ja staram się mieć czas na prawie wszystko co robiłam do tej pory. Problem jest tylko z energią i ochotą. Szeroko rozumiana opieka nad dzieckiem wysysa czasem wszelkie siły witalne. Niezliczone ilości razy gdy podaję Jej ciągle wypadającego z buzi smoka, gdy budzę się w nocy żeby przykryć ją kołderką, gdy siedzę zdrętwiała nad łóżeczkiem i głaszczę Ją po policzku, a ona wcale nie chce zasnąć, albo noszę na rękach rozhisteryzowaną powtarzając w kółko "ciiiiii..." i "szsz...." - to wszystko sprawia, że mam ochotę drzemać całymi dniami i mogłabym kłaść się spać po dobranocce. No i jak tu "ładować akumukatory" ? Przecież tyle jeszcze przed nami... Jak na razie pomagają długie spacery na świeżym powietrzu i pilates, na który mój mąż wyrzuca mnie z domu dwa razy w tygodniu... bo zebrać się na takie wyjście strrrrasznie ciężko :) 

Jedenasty tydzień

Hurrra! Już po Świętach :) Lodówka pusta, zniknęły nóżki w galarecie, można ugotować krem z cukinii, zwinąć ze stołu biały poplamiony obrus i cieszyć oczy porysowanym drewnianym blatem, a głos Suzanne Vega zastąpił odę do Rudolfa... Nie trzeba przyjmować gości i jeździć z wizytami. Prezenty rozdane i przyjęte z szerokim uśmiechem wdzięczności. Są tacy, którzy uważają że jestem dziwna (są nawet tacy, którzy wysyłają mnie do psychologa), ale ja nie lubię udawać i mam prawo żyć po swojemu. Nie policzę nawet ile razy słyszałam słowa "powinnaś...", "musisz...", "tak trzeba...", "tak się nie robi...". Jestem pewna, że kiedyś ktoś zaczaruje dla mnie Święta :) A na razie spędzamy leniwe, cudowne popołudnie tylko we dwie :) Moja mała córeczka obudziła się z błogiej drzemki z pięknym uśmiechem.

Dziesiąty tydzień

Jak tylko skończę karmić zatrudnię się w agencji detektywistycznej. Poruszam się bezszelestnie, robię zdjęcia z ukrycia, no i codziennie rozwiązuję jakieś zagadki, analizuję i szukam przyczyn... Od kilku dni moje dziecko histeryzuje przy piersi. Nie przy każdym karmieniu, co jest zastanawiające, ale w większości przypadków. Budzi się wyspana i zadowolona po kilku godzinach snu, zaczyna stroić miny i popłakiwać, więc jeszcze całkiem spokojną przystawiam do piersi. Łapie, ssie kilka, kilkanaście sekund i odchyla głowę z krzykiem. Łapie znów i znów ssie, przełyka i mocniej odchyla głowę, pręży się i krzyczy. I tak dalej... 

Zadbałam o nastrojową atmosferę karmienia, cisza, przygaszone, delikatne światło, potem próbowałam z muzyką w tle i rozmowami domowników, z głaskaniem po główce, po rączce, po nóżkach, brzuszku... bez głaskania też próbowałam, obstawiałam, że może rozpraszają Ją rzeczy które widzi dookoła, ale zwykle się nie rozgląda tylko przymyka oczy i skupia na ssaniu.

Starałam się dobrze ułożyć Małą na poduszce do karmienia (na której karmię Ją od urodzenia - jest czysta, miękka, nie pachnie żadnym drażniącym proszkiem), pilnowałam żeby leżała wygodnie brzuszkiem do mojego brzucha, karmiłam też spod pachy i w pozycji leżącej, patrzyłam czy główka jest dobrze odchylona i czy Mała swobodnie przełyka (przełyka!), czy nie przyciska sobie rączki, czy ja nie przyciskam Jej brzuszka, czy Jej ciepło w nogi, czy jej nie za gorąco (w sypialni mamy stałą temperaturę 21-22 stopnie, nawilżenie około 50%). Wyczyściłam Małej nosek, bo myślałam że może ciężko Jej oddychać. Sprawdziłam czy w buzi nie ma żadnej afty, pleśniawek, czy za uchem na którym leży nie ma jakiejś krosty, czy gdzieś nie zagięło się ubranko, nie gniotą jakieś szwy, guziki, czy pielucha (oczywiście sucha) jest dobrze i nie za ciasno założona. Myłam ręce samą wodą, żeby nie pachniały mydłem (zwykłe szare i tak nie pachnie), nie wspomnę już nawet o używaniu perfum czy żelu pod prysznic, a w kuchni używam rękawiczek do krojenia i zmywania (rękawiczki nie pachną i nie są niczym zsypane w środku).
Przemywałam piersi ciepłą, przegotowaną wodą, dobrze wyparzałam kapturki, wycierałam do sucha bawełnianą ściereczką (przeznaczoną tylko do tego, wygotowaną, nie zostawiającą włókien), dobrze je przytwierdzałam do brodawki, sprawdzałam czy mleczko leci (oj leci...). Teoria że nie jest głodna nie przekonuje mnie - po czterech godzinach snu nie jest głodna więc nie je, potem marudzi godzinę, idzie spać i po kolejnej drzemce znów nie jest głodna? Pomysł z tym że bardzie podoba Jej się ssanie z butelki (którą dostaje raz dziennie na dobry sen) i dlatego odrzuca pierś też do mnie nie przemawia, bo przecież są karmienia, kiedy potrafi całkiem ładnie jeść z piersi (np. w nocy i nad ranem). 
Skok rozwojowy? Gorsze dni? A może zwykła histeria?

Dziewiąty tydzień

Obawiałam się przedświątecznej gorączki zakupowej i kulinarnej, ale postawiłam sprawę jasno - my w tym roku nie ruszamy się z domu (zwykle jeździliśmy na trzy lub cztery wigilie). Ktokolwiek zechce nas odwiedzić będzie musiał zadowolić się ciastem i herbatą. Nie wyobrażam sobie smażenia ryb, gotowania pierogów czy barszczu. Mały stół w małej kuchni nie pomieści dwunastu dań i tłumów gości. Oczywiście mało kto pochwala naszą decyzję, ale liczę, że wszyscy będą umieli ją uszanować. To nie tak że nie lubię gości. Bardzo lubię! Lubię też gotować i piec. Ale z dzieckiem na ręku, a nawet z dzieckiem drzemiącym w pokoju obok to nie lada wyzwanie, którego w tym roku się nie podejmę. Ważne że będzie choinka z kolorowymi światełkami, że przyjdzie mikołaj z drobiazgami (internet to jednak wspaniała sprawa...), że posłuchamy świątecznych piosenek. No i że będziemy razem, we trójkę :) Jak wizyty rodzinki i znajomych rozłożą się na te kilka dni to spokojnie damy radę z każdym spędzić kilka chwil. Bo jak na razie dajemy radę ze wszystkim :) Od kiedy pozwoliliśmy naszej Kruszynce wysypiać się do woli, to Maleństwo ładniej i więcej je, częściej się uśmiecha, gada już coś pod nosem, robi niesamowite miny, marszczy czoło. Śmieje się nie tylko do nas, ale i do każdej nowej twarzy. Jak ma ochotę to poddaje się wszelkim zabiegom pielęgnacyjnym i zabawom w stylu turlanie i machanie kończynami. Uwielbia wyglądać zza maminego ramienia, w pozycji jak do odbijania, rozglądać się z zaciekawieniem. Bez problemu zostaje w domu z tatą, żeby mama mogła czasami wyjść na pilates, spotkanie z przyjaciółmi czy zakupy. Jak uwinę się w dwie, trzy godzinki to wracam na kolejne karmienie, a jak nie, to tata karmi dziecko mieszanką. Na początku miałam straszne wyrzuty sumienia, że zostawiam Małą... ale w końcu kontakt z tatą sam na sam też Jej dobrze robi. W zasadzie to cenne chwile także dla taty :) Oczywiście tata też wybywa na różnego rodzaju spotkania, imprezy i ćwiczenia. Nasz plan dnia też powoli nabiera kształtu. Nie mamy stałych konkretnych godzin na dane czynności, ale codziennie około południa spacerujemy, co drugi dzień wieczorem kąpiemy Małą, przed każdym nocnym snem dostaje dodatkowo poza piersią jeszcze butelkę mieszanki. Rano jest aktywna, chętnie się bawi przy muzyce albo innych dźwiękach (sokowirówki, suszarki, pralki, blendera, miksera). Drzemie sobie na spacerze. A co najważniejsze jej płacz jest płaczem wyrażającym ogólne niezadowolenie, marudzenia czy nawet histerię, ale nie jest to płacz z bólu, taki jakie miewała przy dolegliwościach żołądkowych i jelitowych. Ze smakiem zajada moje mleko, mieszankę, probiotyk rozpuszczony w wodzie - smoczki, łyżeczki, strzykawki - w każdej formie. Ze smakiem wypiła nawet łyżeczkę soku z jabłek, którym próbujemy za radą pani doktor uregulować wypróżnianie. Niesamowite z Niej dziecko! Naprawdę możemy być dumni :)

Ósmy tydzień

Uwielbiam te momenty, gdy moje dziecko zmęczone i senne odpływa gdy tylko je położę do łóżka... A zaraz po nich lubię te, gdy leży spokojnie w bujaczku i nawet godzinę potrafi wdzięczyć się do pluszowego motylka. Niestety z tygodnia na tydzień takich chwil jest coraz mniej. Spokojny sen zapewnia tylko długie kołysanie, głaskanie po policzku albo podawanie i przytrzymywanie ciągle wypadającego (wyrzucanego celowo) smoczka. Dobra zabawa jest wtedy, gdy mama poświęca dziecku całą swoją uwagę, śpiewa, mówi (cokolwiek...), robi miny, łaskocze malucha, drażni, turla itp. Ale Maleństwo ma swoje humory, lepsze i gorsze dni. Teraz przyszedł czas na te gorsze. Nie chce spać w nocy, marudzi. Po jedzeniu bardzo ciężko Ją uśpić. Gdy w końcu zaśnie nad ranem po dłuższej histerii, potrafi przespać 4-5 godzin, po czym budzi się, wypije mleko i znów idzie spać. Znów na kilka godzin. Wybudzenie do jedzenie nie ma sensu. Albo przysypia przy piersi albo płacze i nie chce łapać piersi. I nici z jedzenia. Boję się, że gdy będę Ją tak zostawiała smacznie śpiącą i czekała aż sama się obudzi, to w ciągu doby nakarmię Ją tylko kilka razy. Z drugiej strony, gdyby była głodna to budziłaby się sama i płakała. Wyczytałam gdzieś, żeby kąpać niemowlaka około 19, karmić do syta i kłaść spać. Potem przez sen karmić jeszcze o 22 i 24, a potem dopiero rano około 6. Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Po kąpieli i karmieniu usypianie zajmie nam dłuższą chwilę. Jak Mała wpadnie w głęboki sen to sama się nie wybudzi o 22. Jak ją zbudzę będzie histeria i nici z jedzenia. Jak będę czekała aż sama się obudzi to może potrwać do 23 czy 24. A po tym jak Ją nakarmię znów będę Ją godzinę usypiać. Zaśnie o 1 w nocy i znów sama obudzi się około 4... albo w ogóle nie zaśnie i będzie marudziła do 2 czy 3 i potem odsypiała godzinami w ciągu dnia. I jak tu nie zwariować?

Siódmy tydzień

Dziecko - trochę ponad cztery kilogramy, gondola podobnie, stelaż wózka siedem kilogramów, do tego siatka z zakupami kilka kilogramów... i tak codziennie na czwarte piętro. Bez windy. Oczywiście na dwa razy, jeśli dziecko nie płacze, bo jak marudzi to stelaż z zakupami stoją sobie na dole i czekają. 

Na spacerach też nie jest łatwo. Krawężniki wysokie, w chodnikach dziury, uliczki wąskie. Podjazdów do spożywczych i warzywniaków brak. Drzwi nikt nie przytrzyma. W kolejce nikt nie przepuści, nawet jak dziecko zacznie płakać. Wepchnie się taki babsztyl gdy ja męczę się z drzwiami, jak bym to dla niej te drzwi szeroko otwierała, a potem bezczelnie pyta dlaczego to dziecko tak płacze? No płacze bo lubi. Lubi przegrzewać się w sklepie pełnym krzykliwych bab. Ale warzywa jeść musimy. Przez internet wszystkiego zamówić się nie da. A to co się da, to i tak drogo i nie zawsze dobrej jakości. I ciężko znaleźć pieczywo bez pszenicy, produkty bez laktozy. Ciężko w ogóle ogarnąć jakąś sensowną dietę. O słodyczach już nie wspominając. Moje dzienne pięć minut przyjemności to kawa zbożowa z odrobiną miodu i ciasto z mąki ziemiaczanej i tłuszczu roślinnego... Pożegnałam czekoladę, ciasteczka i batoniki. Pokochałam moje ziemiaczane ciasto. Nie daję rady ze spożywaniem pięciu małych posiłków dziennie. Oczywiście samo ich spożycie nie byłoby problemem, ale ich przygotowanie to dopiero wyzwanie. Garnek zupy można ugotować na zapas, ale sałatki i surówki trzeba robić świeże. Zakładam więc rękawiczki (jedną parę mam do mięs, drugą do warzyw - jedne spinam czerwoną klamerką, drugie zieloną), zaczynam kroić warzywa i słyszę "łeeee....łeeeee...!". Zaczynam zdejmować rękawiczki, kleją się do rąk, zajmuje to chwilkę, biegnę do sypialni, daję dziecku smoczek, przysypia, wracam do kuchni, zakładam rękawiczki, biorę do ręki nóż i słyszę "łeeeee....łeeee!". Zdejmuję rękawiczki.... itd. itd. I w ten oto sposób zdarza się, że pokrojenie sałatki zajmuje mi nawet kilka godzin. Moje nieświadomie egoistyczne dziecko zdąży już w tym czasie zjeść ze dwa posiłki... 

Zatrudnię kucharkę i sprzątaczkę na pełen etat. Lekarza dyżurnego. I masażystę.

Szósty tydzień

Złapałam fazę zachwycania się moją piękną córcią :) Kochana, grzeczna, śpi jak aniołek, uśmiecha się coraz więcej i coraz bardziej świadomie, wodzi wzrokiem za zabawkami, potrafi spokojnie leżeć w łóżeczku nawet godzinę przyglądając się z uwagą otaczającym ją przedmiotom. A do tego ładniej je, częściej robi kupki, krostki jej znikają (odpycham myśl o możliwości odziedziczenia po mamie atopowego zapalenia skóry), a kąpiele uspokajają i cieszą (samo siedzenie w wodzie, bo rozbieranie i ubieranie to prawie zawsze powód do płaczu). Ach, uwielbiam moją małą Kruszynkę! Myślę już o tym, jak będzie pluła marchewką, w kółko słuchała tej samej bajki, zasypiała tylko z ręką mamy, bawiła się w piasku na plaży, jak przyniesie z przedszkola pierwszy rysunek, a potem pierwszą dwóję z francuskiego, jak będzie udawała gorączkę żeby nie pójść na klasówkę z fizyki, jak będzie zdobywać pierwszy medal na zawodach pływackich, jak będziemy wspólnie piekły pierniczki, wieszały na ścianie plakaty ukochanego aktora, jak przekupiona pięknym uśmiechem pozwolę pójść na koncert, jak tata przestraszy jej pierwszego chłopaka, jak wyjedzie na studia do Paryża... ojej, niech lepiej nigdzie nie jedzie, niech na razie śpi spokojnie w swoim łóżeczku i da się sobą nacieszyć :) 
Hmm... hormony? :)

Piąty tydzień

Konkretnej diagnozy brak. Te krostki z białym czubkiem to może być trądzik. Pozostałe to może potówki. Kluczem do sukcesu ma być moja dieta, pielęgnacja skóry i... homeopatia. Czemu nie, można spróbować zanim lekarze zaczną przepisywać maści na sterydach. No to odstawiłam słodycze i wszelką chemię. Kasza jaglana, słodkie warzywa, jajka od szczęśliwych kur, domowe zupy, świeżo wyciskane soki... Żadnej laktozy i pszenicy. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. A krostki... zdecydowanie bledną i łagodnieją. Oby tak dalej :)

Za to pani doktor (idealne połączenie pediatry z dyplomem i zielarza homeopaty) dojrzała zażółcenie skóry i białek oczu Małej. W obawie o przdłużającą się żółtaczkę obserwujemy uważnie buzię dziecka i codziennie robimy fotki żeby móc porównać jej stan. Ciężka sprawa, nie mamy aż tak wprawnego oka żeby dostrzegać zmiany... Naszym zdaniem jest lepiej... Chociaż zależy to od oświetlenia. Moja dłoń ma taki sam odcień jak Jej skóra, ale Jej dłonie i moja pierś przy karmieniu wydają się bardziej naturalnie różowe... Jej źrenice są duże, powierzchnia białka oka do oceny niewielka. Dużo, dużo bielsze niż wtedy, gdy zażółkły kilka dni po porodzie. Ale czy są idealnie białe jak nasze białka? Wrrr!!!

A jak dorzucimy do tego kupę raz w tygodniu... no nie można spać spokojnie. Od początku Mała wypróżnia się co 6 dni. Ja trzymałam się teorii o bezresztkowym trawieniu i idealnym wchłaniaiu mojego pokarmu, ale nasza pani doktor upiera się, że kupa ma być co trzecie karmienie i że moja teoria to bzdura... kazała podawać probiotyk. Ok, podajemy. Kupa wczoraj była, ale to ta po 6 dniach. Fakt że Mała się trochę pręży wieczorami i popiarduje, ale może to jeszcze nie sytuacja wymagająca inetrwencji lekarskiej i frmakologicznej... Wrrr!

Witaminę K i D odstawiliśmy. Przynajmniej na razie. Oczywiście po konsultacji z lekarzem. A jak poczytałam o skutkach niedoboru, to sama nie wiem co gorsze... I znów wrrrr!!!

Więcej skarg i zażaleń nie mam. Szkoda że do każdego noworodka nie jest dołączona indywidualna instrukcja obsługi. "Macierzyństwo oficjalnie jest cudem. O trudnych sprawach dowiesz się po fakcie". Zaczęłam czytać książkę Joanny Woźniczko-Czeczot "Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego" i jak na razie i bez tej lektury wiem, że "w bólach rodzi się nie tylko dziecko, lecz także matka". Może lepiej wrócę do szwedzkich thrillerów... ;)

A tak z innej beczki – muszę się pochwalić, jakich kochanych i pomysłowych ludzi mam wokół siebie. Mała dostała wcoraj przecudny upominek! Pudło pełne wspomnień, które ma otworzyć w dniu swoich 18-tych urodzin. Cała ekipa rodziny i przyjaciół, jak tylko dowiedziała się że Mała przyszła na świat, zebrali mnóstwo pamiętek z tego dnia. Gazety, paragony sklepowe, bilety komunikacji miejskiej, monety, prognozę pogody, wydarzenia w kraju i na świecie, zdjęcia Warszawy, premiery filmowe, książkowe, płytę z notowaniem listy przebojów... Rewelacja! Mała zobaczy za kilkanaście lat, jak wyglądał świat, gdy się rodziła :) Mam nadzieję, że będzie taka sentymantalna jak mamusia :) A my dorzucimy od siebie zdjęcia rodziców, dziadków i przyjaciół, a może nawet napiszemy listy do naszej córci... Kochani, bardzo, bardzo serdecznie dziękujemy za tak wyjątkowy upominek!

Czwarty tydzień


Za oknem zdecydowanie za mało słońca. Jesienna aura rozleniwia, najchętniej snułabym się po domu w piżamie albo spała...Ale tak to już jest niesprawiedliwie – ci, którzy baaardzo chcą spać nie mogą, a ci który mogą i powinni wcale nie chcą. Małą męczą gazy. Masaż brzuszka już bez kikuta pępowinowego jest łatwiejszy, ale chyba mało skuteczny. Podobnie jak leżenie na brzuchu czy przykładanie termoforka. Od wczoraj dajemy Jej kropelki. Zobaczymy...

Krostek na buzi coraz więcej. Te stare złagodniały, ale pojawiły się inne na głowie, za uszami, na brodzie i na klatce piersiowej... Położna kazała zmienić dietę i obserwować. Ja mam inną teorię. Myślę, że ten trądzik to sprawka moich hormonów przekazywanych Małej z mlekiem (brodawki z tego powodu ma jeszcze trochę powiększone). A może się mylę... Może to alergia na witaminy K i D, której podawanie zbiegło się z wysypką... Za kilka dni będziemy u pediatry. Nie wyjdę z gabinetu dopóki się nie dowiem.

Muszę też zadbać o siebie. Ginekolog, żeby sprawdził czy mogę już trochę poćwiczyć (pilates dobrze by mi zrobił). Dermatolog, żeby pomógł na suche, spękane i swędzące dłonie (wróciło atopowe zapalenie skóry). No i dentysta, żeby wyczyścił zęby i powiedział czy wszystko jest ok. To dla ciała, bo o dobre samopoczucie dla ducha zadbał już przyjaciel :) Wypad do knajpy pomógł się zrelaksować i złapać dystans do wszystkiego co się teraz dzieje. Cieszę się, że dałam się namówić :) 

A dziś mija pierwszy miesiąc życia naszego Maleństwa :) Jejku...jak ten czas leci...

Trzeci tydzień


Niespokojnych myśli ciąg dalszy. Mąż wrócił do pracy, a my musimy radzić sobie same. Kilka razy odwiedziła nas babcia. Jej pomoc jest nieoceniona. Moja irytacja Jej radami i postępowaniem również... Liczyłam na większe zrozumienie mojej potrzeby spokoju, a tymczasem zakochana we wnuczce babcia, chciałaby się bawić z Małą, układać Jej rozkład dnia, no i być przy nas cały czas... Chyba czeka nas poważna rozmowa (oby tylko babcia nas zrozumiała i się nie obraziła...).

Całe szczęście, że pogoda dopisuje. Na spacerze Mała ładnie śpi, ja mogę nawdychać się głęboko świeżego powietrza, uspokoić, wyciszyć emocje i przy okazji zrobić małe zakupy. Na początku trochę bałam się wychodzić, ale wizyty w poradni laktacyjnej i tak zmusiły nas do codziennych spacerów. Nadal ubieram i opatulam Małą z niepokojem... Nie wiem już jak bardzo zimno jest za oknem, bo ja ciągle jestem zgrzana. Ale mamy swoje sposoby - dodatkowy koc w torbie i jesień nam nie straszna. Nóżki, rączki, nosek i kark nie są ani za zimne ani za ciepłe.

Zaliczyłyśmy już pierwszą wizytę u pediatry (rozwój prawidłowy, delikatnie powiększone brodawki od moich hormonów wyssanych z mlekiem, no i zapomniałam zupełnie o podawaniu witaminy K i D...). Dostałam porządny ochrzan za nieszczepienie dziecka, wykład o tym jaką wyrodną matką jestem (nie pytajcie dlaczego nie szczepimy – napiszę o tym oddzielnie, bo to poważna sprawa). Też pokrzyczałam trochę na lekarza i uciekłam z przychodni. Położna środowiskowa na przedostatniej wizycie też kręciła nosem na te nasze fanaberie, ale była miła, grzecznie i zwięźle odpowiadała na moje pytania. Rozmawiałam przez telefon z innym pediatrą, który przyjmie nas do siebie gdy mała skończy miesiąc i ustali indywidualny kalendarz szczepień. Pediatra postraszył bakteriami i zarazkami w przychodniach i marketach i teraz gonię wszystkich do mycia rąk i staram się stworzyć prawie sterylne warunki naszego bytowania (obsesja, wiem wiem... przejdzie).

Zdecydowaliśmy się na smoczek. Palec w roli uspokajcza to masakra – stać nad Małą za każdym razem gdy marudzi, ciągle myć ten palec... Ja wiem że Mała szybko się przyzwyczai, że ciężko będzie Ją oduczyć ssania, że narażam jej zgryz i czystą wymowę, ale to taka ulga dla dziecka i rodzica... Zasypia ze smoczkiem i sama wypuszcza go z buzi gdy zaśnie, zapewne w obawie przed kazaniami taty ;)

No i doszła nam straszna, straszna przypadłość – krostki na buzi. Gdyby zrobiły się na pupie, mama by się nad dzieckiem nie litowała za każdym razem gdy na nie patrzy. Obserwuję te małe pryszcze na czole, nosku, policzkach przy każdym karmieniu. Dobrze, że Mała nie wie że je ma, nie przeszkadzają jej zupełnie. Moja kochana kropkowana :)

Broniłam się przed wizytą z Małą u dziadków (Jej pradziadków), którzy fizycznie nie daliby rady do nas dotrzeć, ale spasowałam, bo jak to mówią upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. Pradziadkowie zobaczyli prawnuczkę, a prababcia która jest chirurgiem ortopedą dziecięcym obejrzała Małą, stawy biodrowe, napięcie mięśniowe i inne takie. Wszystko jest ok, a nawet lepiej.

Zmęczona, ale wyglądająca na szczęśliwą, zasnęła wieczorkiem tak błogo i spokojnie.

Drugi tydzień


Ostatnia wizyta w poradni laktacyjnej zakończona sukcesem. Mała je już tak ładnie, że wystarczy jej samo ssanie piersi. Udoskonaliłyśmy pozycję do karmienia – poduszka fasolka i zdecydowany chwyt za kark (brzmi brutalnie, ale to po prostu właściwe ustawienie główki, nos się nie zatyka, broda nie jest przyciśnięta do klatki piersiowej i Mała może swobodnie przełykać). I słyszę jak przełyka! I płaczę z radości. A za chwilę płaczę, bo co z tego że ładnie je, jak nie robi kupy... Siedzę więc z tym paskudnym laktatorem i męczę moje i tak już wymęczone piersi. Ściągam te 40 ml pokarmu i podaję Małej dodatkowo na ostatni posiłek około pierwszej w nocy, żeby najedzona spała smacznie do piątej rano. Nie znoszę zabawy z laktatorem. Jestem zmęczona, rozdrażniona, a mleko słabo leci. Mam świadomość, że koło się zamyka – gorzej śpię i się stresuję, to mleka jest mniej. A jak jest go mniej, to się denerwuję i płaczę. Hormony szaleją.

No i dziecko moje kochane pożałowało matki, chcąc ulżyć jej cierpieniu posrytało się po uszy! Pielucha, body, pajac, kocyk, kołderka... Wow! A mama znów w płacz. Tym razem z radości. Przymusowa kąpiel. Krzyk nieziemski. Drgawki, kaszel, drżący podbródek. Palec uspokajacz i kołysanie tym razem pomogły... Uff... Moja radość z kupy miesza się z obawą przed tym, czy poradzę sobie z kolejną histerią. Całe szczęście, że jeszcze w tym tygodniu mój mąż jest z nami. Ja nie wiem skąd on czerpie siłę. Chwyta Małą pewną ręką, wspaniale sobie radzi z przewijaniem, kąpaniem, przebieraniem, pielęgnacją pępka i ze wszystkim innym. Patrzy na Małą trzeźwym okiem, potrafi w mgnieniu oka ocenić sytuację i podjąć decyzję. A do tego przytula mamę, głaszcze, uspokaja i obiecuje, że wszystko będzie dobrze. No ja nie wiem skąd ten instynkt tacierzyński... :) O śpiewaniu, kołysaniu, układaniu na brzuszku i czułych rozmowach już nawet nie wspomnę... (ja mam serce w gardle przy każdym układaniu na brzuchu, a Mała się uspokaja, podciąga głowę i potrafi przekręcić ją z jednej strony na drugą).

Inne świeżo upieczone mamy narzekają na brak czasu i niemożność zrobienia czegokolwiek wokół siebie czy w domu. Nasza Mała wypłacze swoje, pomarudzi, ale zaśnie i to na dwie, trzy godziny. Wtedy mogę zrobić obiad, pranie, usiąść do komputera, poczytać książkę... Ale robię to z wielkim wyrzutem sumienia. Czuję, że jestem złą matką, bo uciekam w to sprzątanie przed jej krzykiem i płaczem. I tak bardzo się staram wykrzesać z siebie radość z każdej chwili spędzonej wspólnie, ale czasami sie potrafię. Opieka i pielęgnacja idą przodem, a dopiero za nimi bliskość i emocje. To się zmieni, prawda? Zmieni z pewnością... Potrzeba tylko czasu...

Pierwszy tydzień


To będzie historia o tym, jak jeden mały człowieczek zmienia życie grupy dorosłych, a w szczególności matki, która wydała go na świat i której spokojne dni i myśli odeszły w niepamięć... A wszystko zaczęło się już kilka godzin po porodzie, kiedy to duma z faktu że dałam radę zaczęła słabnąć. Mój mąż pojechał do domu po godzinie odwiedzin, sąsiadka z łóżka obok zgasiła światło na sali, a położne zamknęły się w swoim pokoiku. Maleństwo spało. Mnie wszystko bolało. Znośnie, ale jednak. Nie wiedziałam za jaki czas moje dziecko się obudzi i co powinnam z nią zrobić... W głowie kołatały mi myśli – oprócz spania musi jeść, a przed jedzeniem trzeba zmienić pieluchę. Dałam radę i przewinęłam dziecko. Moje brodawki nie nadawały się do karmienia, a z piersi nie sączyło się nic... Z bólem serca wyparzyłam butelkę i poszłam do położnych po dawkę sztucznej mieszanki. Mała najadła się i zasnęła w swoim tymczasowym "łóżeczku". Ja poszłam w jej ślady.

W szpitalu trzymali nas trzy doby. Mąż spędzał z nami całe dnie, pojawiali się też pierwsi goście, a Mała spała w najlepsze. Krzyk i histeria tylko przy rozbieraniu do naga i ponownym ubieraniu. A do badań trzeba było powtarzać tą czynność kilka razy dziennie.

Z moich piersi zaczęła sączyć się siara. Baaardzo powoli i niewielkich ilościach. Odciągałam te kropelki strzykawką z odwróconym tłokiem i podawałam Małej na palcu do buzi. Szalona miała niesamowity odruch ssania. Położne doradziły mi zakup kapturków do karmienia i uczyły małą jak z nich korzystać – sztuczne mleko maleńką strzykaweczką podawały od góry kapturka, gdy Mała leżała przy piersi. I tak ssanie spowodowało wypływ pokarmu. Radość moja była ogromna, ale ilość pokarmu znikoma. W ruch poszedł lalktator ręczny i wielkich bólach psychicznych i fizycznych odciągałam po te 10-20 ml może ze dwa razy na dobę. Reszta karmień jeszcze na mieszance.

Do domu wszyscy wróciliśmy z wielką radością i ulgą. I z zapasem herbatki laktacyjnej. Mleka nie wystarczało na karmienia. Na kontrolę do położnej środowiskowej wybraliśmy się sami do gabinetu osiedlowej przychodni, żeby sprawdzić przyrost wagi Małej. Niestety waga spadła, a do tego skóra się zażółciła. Kazali ją dokarmić, żeby robiła jak najwięcej kup, żeby wypłukać bilirubinę z organizmu. Dokarmiliśmy, kupa była, wzrost wagi też. Ale ponieważ nie ustaliśmy w próbach karmienia moim mlekiem zwróciliśmy się do doradcy laktacyjnego przy szpitalu w którym rodziłam. Panią Małgosię pokochałam od razu. Zaczęła wizytę od pewnego i swobodnego chwycenia Małej za kark i przystawienia jej do mojej gołej, małej brodawki, bez żadnego kapturka. A panna zaczęła ssać. Szok. Oczywiście potrwało to krótko, a p. Małgosia uprzedziła, że tylko sprawdzała jej predyspozycje i nam się to tak prędko nie uda... No i uczyłyśmy się jeść przez kapturki. Ważenie przed i po. Ustalanie harmonogramu karmień, a przy okazji badanie poziomu bilirubiny przez neonatologa – i tak spędziliśmy na tych "naukach" pierwszy tydzień życia. Bilirubina spada, żółte zabarwienie skóry i białek oczu powoli znika, uniknęłyśmy powrotu do szpitala i naświetlania. Mała je około sześciu, siedmiu posiłków na dobę, trochę z mojej piersi, trochę z butelki, a resztę niestety dojada sztucznego. Przybiera na wadze. Mocno i długo śpi (jeszcze efekt podwyższonej bilirubiny) i ładnie zasypia, z moim palcem jako uspokajaczem w buzi... A mama przez ten tydzień nabawiła się nerwicy, wypłakała wszystkie łzy jakie miała, namarudziła się mężowi i przysypiała na siedząco. Obawa, że Mała się nie najada była nieodparta. A gdy ładnie jadła i tak płakałam z radości. W nocy spałam z jednym okiem otwartym, czuwając czy aby się nie dusi, czy wybudza się do karmienia, czy jej nie za gorąco, czy nie za zimno...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy za komentarz!