poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Dwudziesty szósty tydzień

Ponad pół roku, 6 miesięcy, 26 tygodni, 182 dni, 4368 godzin, 262080 minut wspólnie! Tyle już za nami! wierzyć się nie chce! Cudnych, wyjątkowych, szalonych chwil. Ale i ciężkich, trudnych, nerwowych. W każdym razie niezapomnianych. Nasza kochana córka zdrowym, silnym, pogodnym i niesamowicie kontaktowym dzieckiem. Rozdaje wszystkim rozbrajające uśmiechy, śmieje się głośno, "gada" po swojemu, tuli do nas. Obraca się, przesuwa, skacze, szaleje, macha rączkami i wyciąga je do nas i do zabawek. Chwyta wszystko co napotka. Potrafi leżeć na macie dłuższą chwilę zajmując się zabawkami. Ładnie je, gdy nie jest zmęczona. Przesypia całe noce w swoim łóżeczku, od kiedy zjada na kolację sporą porcję kaszy jaglanej i od kiedy nauczyła się spać na brzuchu. Nasz dzień jest coraz lepiej ułożony, udaje nam się pogodzić zabawę, gimnastykę, pielęgnację, spacery, gotowanie, sprzątanie, małe i duże przyjemności z mniejszymi i większymi obowiązkami :) Zaczynamy bywać u rodzinki i znajomych. Unikamy tylko marketów, komunikacji miejskiej, zakatarzonych przedszkolaków, przychodni lekarskich i zwierząt. Nasze codzienne i niecodzienne przygody udokumentowane są fotografiami, od których dysk w komputerze pęka w szwach ;) Codziennie obiecuję sobie wywołać te najpiękniejsze i wkleić do albumu. Może w święta się uda coś wybrać :) Sterta za małych ubranek piętrzy się w garderobie, karton za dużych czeka na stryszku. A second handy wołają "wejdź, kup coś jeszcze!" Czasami uda mi się oprzeć zakupom. Czasami ;) Z gotowaniem zupek też sobie radzę. Na oko i na wyczucie. Ziemniak, marchewka, kawałek pora, pietruszki, selera, raz dynia, raz brokuł, raz groszek. Żółtko na zmianę z oliwą i masłem klarowanym. Maleństwo wciąga wszystko. Czasem potrzebny jest jakiś drobny występ wokalny czy recytatorski. Do wieczornej kaszy z owocami już coraz rzadziej trzeba klaskać czy śpiewać. Jest pyszna i słodka, szybko znika z miski. Nawet upaćkane kaszą rajstopy i podłoga już nas nie denerwują. Nawet rozlana i rozchlapana woda z wanienki, ani obślinione czy posikane narzuty, kocyki czy dywaniki. Rodziców rozpiera radość i duma. Nie da się nie być szczęśliwym!

piątek, 11 kwietnia 2014

Posprzątaj po swoim psie!

Zdarzyło Wam się podczas spaceru z dzieckiem wjechać w psią kupę? To oczywiście pytanie do tych, którzy spacerują po mieście, bo chwile relaksu w lesie, na łące i we własnym ogrodzie oszczędzają rodzicom i dzieciom takich obrazków. Kółeczka świeżo umyte, a tu proszę - jedna niespodzianka obok drugiej. Wrrr... A co to będzie gdy moje dziecko zacznie samo chodzić? Myślałam, że takie obrazki na stałe wpisują się w klimat mojego miasta. A tu proszę - warszawiacy się starają i prowadzą różne kampanie zachęcające do sprzątania po swoich czworonogach. Natknęłyśmy się dziś na akcję jakiegoś pomysłowego człowieka - okoliczne śmietniki zostały zaopatrzone w łopatki i woreczki do sprzątania. Plus za ciekawe wykorzystanie pustych butelek po napojach i dołączenie do nich woreczków. Super! Oby zdało egzamin i natchnęło innych do utrzymywania porządku :) 

Z nadzieją na lepszy wizerunek przydomowych terenów zielonych Warszawy
Patrycja

środa, 9 kwietnia 2014

Body wrapping czyli owijanie się folią spożywczą

Słyszałyście kiedyś o czymś takim? Salony kosmetyczne zachwalają skuteczność takich zabiegów – podobno można pozbyć się nawet kilku centymetrów tu i ówdzie już po pierwszym owinięciu się. Ale ceny takich zabiegów skutecznie odstraszają... A tymczasem można znaleźć sposoby na domowe wytapianie tłuszczu ;) Przyznam, że mnie to zaciekawiło. Koleżanka sprzedała mi sprawdzony przepis. W sklepie zielarskim zakupiłam olejki eteryczne - jałowcowy, cynamonowy i geraniowy. Zrobiłam zapas folii spożywczej. Wyczekałam w sobotni wieczór aż dziecko zaśnie snem głębokim, a męża wygoniłam z domu ;) Do miseczki wlałam po 5 kropli każdego z olejków i dodałam trochę balsamu do ciała. Taką papkę nałożyłam na uda, biodra, brzuch i pośladki. Przed zafoliowaniem się polecam założyć bawełniane stringi... Owinęłam się folią zaczynając od prawego uda, do biodra, potem lewe udo do biodra, dalej folię od bioder, żeby się nie zsuwała. Włożyłam na siebie ciepłą piżamę i wskoczyłam pod kołdrę. Poleżałam tak godzinę, ale ledwo dałam radę. Było niesamowicie gorąco! Niemiłosiernie się wypociłam. Potem prysznic i po wszystkim. Nie mierzyłam się przed, więc nie powiem ile centymetrów ubyło mi po. Ale wierzę, że ubyło. Podobno już po pięciu takich sesjach można zgubić 3 cm... No jeśli czas i warunki pozwolą... nie mówię nie. Ale lepiej się czułam po peelingu kawowym i kakaowym :) 

wtorek, 8 kwietnia 2014

Dwudziesty piąty tydzień

No to utknęłam w kuchni na dobre. Posiłki dla dorosłego to pestka! Ale dla bobasa... to dopiero wyzwanie :) Waga, blender, miniaturowy garnuszek, miseczki, łyżeczki, wrzątek, buteleczki, słoiczki, pudełeczka... Dzidzia hyc na bujaczek, śliniak pod brodę i zaczynamy nasz teatrzyk. Dosłownie. Ileż to piosenek muszę wyśpiewać żeby łaskawie dziecko połknęło ze 150 ml zupy! Dobrze, że nie muszę Jej karmić publicznie. Z kaszą idzie lepiej. Ale wtedy tatuś ma okazję się wykazać. Możecie wierzyć lub nie, ale kasza najlepiej wchodzi, gdy tata... klaszcze. Jeszcze trochę, a angaż u Rubika murowany ;) A po jedzeniu kuchnia wygląda jak po przejściu tornada. Ledwo zdążę zanieść Maleństwo na dywan do zabawek i pozmywać wszystko, a tu przydałoby się coś upichcić dla dorosłych. Koleżanka ostatnio spytała czy jemy razem z dzieckiem, bo dobrze gdy dziecko widzi że wspólnie się jada posiłki... No racja, ale mam tylko dwie ręce - albo mój widelec albo łyżka Hani. Ale jak się wkurzę, to schabowy wprowadzimy do Jej diety znacznie wcześniej. 
Do tych kuchennych ewolucji i rewolucji doszedł jeszcze szał w postaci przygotowań do chrztu. Późno, bo to lada dzień 6 miesięcy minie, ale wcześniej jakoś się nie zebraliśmy. W sumie pierwszy raz mam okazję przygotować taką imprezę (na ślub uciekliśmy w Tatry i tyle nas widzieli) i już wiem że po raz ostatni. Termin nie wszystkim pasuje. Kościół daleko. Knajpa daleko. Nie ma gdzie zaparkować. Menu katastrofa - jedni pragną wątróbki, inni są wegetarianami, a jeszcze inni mają 5 lat i marzą o frytkach i lodach. Każdemu podpowiedzieć co kupić dziecku. Wypisać i rozwieźć zaproszenia. Znaleźć dziecku strój - zdaniem jednych wytworną suknię, zdaniem innych śnieżnobiały kombinezon. Znaleźć kreację sobie i pamiętać żeby piersi z mlekiem były w pogotowiu. Wrrrr... w końcu to nasza impreza. Kościół parafialny, knajpa 2 km od kościoła, kameralna, klimatyczna i niedroga. Zaproszenia zamówione przez internet. W menu indyk z grilla, opiekane ziemniaczki z ziołami, zestaw sałat, jakieś przystawki, ciasta, lody i owoce na deser. Sweterek, sztruksowe ogrodniczki i czapeczka z misiem dla Maleństwa. Białe oczywiście. A ja się wbiję z swój ulubiony żakiet, spodnie i białą bluzkę. I mam gdzieś co ludzie powiedzą.

środa, 2 kwietnia 2014

PACHNĄCY PEELING KAKAOWY

Odkryłam kolejny cudny kosmetyk domowej roboty. Myślałam, że kawowy peeling pachnie obłędnie, ale to cudo... trzeba powstrzymać się przed oblizywaniem palców ;) 3 łyżki cukru, 2 łyżeczki gorzkiego kakao, 2 łyżeczki miodu i odrobinę mleka mieszamy w szklanej miseczce. Przed nałożeniem papki na uda, biodra, brzuch czy pośladki koniecznie trzeba zwilżyć skórę. Masujemy okrężnymi ruchami i zostawiamy na kilka minut. Spłukujemy. Skóra jest gładka, pachnąca, a do tego lekko śniada. Polecam!

wtorek, 1 kwietnia 2014

Dwudziesty czwarty tydzień

Nie myślałam, że rozszerzanie diety dziecka to takie wyzwanie. Wizyta u pediatry nie pomogła. Wątpliwości i niepewność pozostały. Usłyszałam że mam nie podawać dziecku konserwantów i sztucznych barwników, za to faszerować malucha kaszą jaglaną, doprawiać zupy solą i ziołami, nie podawać wody tylko kompot i soczek, a gluten i cytrusy dopiero po pierwszym roku. Hmmm... Do ukończenia szóstego miesiąca zostało Hani 10 dni, a waga pokazała wczoraj zaledwie 7020 g. Nie chcę panikować, bo moja córka jest zdrowa i aktywna, ale będę spokojna, gdy ta nowa dieta zacznie dawać efekty w postaci konkretnego przyrostu masy. Nie wiem jakie porcje podawać, jak często, czy dokarmiać po posiłku moim mlekiem... ciągle trafiam na inną teorię. Plan dnia i posiłków ustaliłam kierując się głównie własną intuicją i podpowiedziami mojej mamy. Hania budzi się około 7, dostaje mleko z piersi, o 10 znów dostaje moje mleczko (zastanawiam się nad kaszką...), potem idziemy na spacer i Hania śpi 3-4 godziny. Po przebudzeniu dostaje zupkę (papkę domowej roboty z oliwą, masłem klarowanym albo połową żółtka, około 100 g). Około 17 deser w postaci jabłka, gruszki, banana albo kaszki jaglanej z którymś owockiem (około 80 g), potem ewentualnie pierś i krótka drzemka i około 21 pierś i butla (150 ml MM) na dobranoc. Czasami około 4 nad ranem budzi się na mleczko z piersi. Zupkę Maleństwo zjada niechętnie (może to kwestia doboru proporcji warzyw), za to owoców zawsze za mało :) Nasza kuchnia pełna jest małych miseczek, łyżeczek, słoiczków, kubeczków, garnuszków, miarek, śliniaczków, ściereczek... Blender, waga i sokowirówka cały czas w akcji. Rano nalewam do butelki trochę wody i podaję Małej co jakiś czas o po kilka łyczków, krzywi się trochę. Do tego 100 ml soku z jabłek dzielę na dwie porcje i podaję w ciągu dnia. Sok uwielbia. Sama sobie trzyma buteleczkę i marudzi gdy soczek się kończy. 

czwartek, 27 marca 2014

Poradnik opieki nad mężczyzną

W zeszłym tygodniu służbowo szkoliłam się z MS Worda. Wykonywaliśmy różne ćwiczenia na tekście dotyczącym opieki nad nowym mężczyzną, który pojawia się w kobiecym domu. Nie mogłam się powstrzymać i wstawiam poniżej krótki fragmencik:

Pierwszy dzień w domu 

Nowy mężczyzna w domu to radość dla kobiety, ale i nowe obowiązki. Nie można zapominać o tym, że często nie znamy rodowodu, ani nawet poprzedniej właścicielki naszego nowego pupila. Nie wiemy, jak był traktowany i jakie ma nawyki. Na wszelki wypadek nie należy wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, lepiej też unikać podnoszenia głosu, bo może się skulić, schować za szafę i trzeba będzie włączyć odkurzacz żeby go wypłoszyć. Dlatego już od progu przemawiamy do niego łagodnym, acz stanowczym głosem. Układamy na kanapie, głaszczemy po głowie (ostrożnie, bo może nieprzyzwyczajony) i pozwalamy mu zatrzymać paletko, by czuł zapach z poprzedniego domu. Pierwsza noc jest zazwyczaj najtrudniejsza, ponieważ może pochlipywać i piszczeć, ale musimy wykazać się konsekwencją i nie brać go od razu do swojego łóżka, żeby się nie przyzwyczaił. 

Złe nawyki 

Już po kilku dniach pobytu nowego mężczyzny w domu orientujemy się pobieżnie, jakie ma nawyki. Najczęściej przywiązuje się do miejsca, na którym spędził pierwszą noc, czyli kanapy i tam zalega w pozycji horyzontalnej. Często z pilotem od telewizora w dłoni. Czasem z gazetą, sporadycznie z książką. Ponieważ mało mówi, mogłoby się wydawać, że myśli, ale najczęściej okazuje się, że to tylko złudzenie. Gdy czuje głód, opuszcza legowisko i buszuje po kuchni. Wtedy najlepiej być w domu i szybko zrobić mu coś do jedzenia. W przeciwnym razie w kuchni zastaniemy wypiętrzone grzbiety brudnych naczyń, pod stopami lepkie substancje, a wszystko posypane zgrzytającym cukrem i okruszkami chleba. W lodówce natomiast puste kartony po mleku. W żadnym wypadku nie wolno wtedy bić mężczyzny. Bo ucieknie. 

Karmienie 

Karmienie mężczyzny zwykle nie jest zbyt skomplikowane i nawet średnio zdolna kulinarnie kobieta udźwignie ten ciężar, w niektórych przypadkach również i związane z tym koszty. Nie należy się też stresować opinią mężczyzny na temat smaku podawanych dań, bo i tak żadna z nas nie potrafi gotować tak, jak jego mamusia. Podajemy zatem cokolwiek, byle było ciepłe, ponieważ on i tak nie oderwie oczu od gazety lub telewizora. Podobno znane są przypadki że udało się nauczyć mężczyznę, żeby kanapki jadł nad talerzem i nie w łóżku oraz nie podjadał z rondla, ani też nie gryzł całego pęta kiełbasy jak barbarzyńca, ale informacje te nie zostały potwierdzone naukowo. Jedno jest pewne - mężczyzna lubi dostawać jeść regularnie i szybciej się wtedy oswaja. 

Zdrowie 

W przypadku mężczyzny nawet najlżejsze przeziębienie lub katar mogą być niebezpieczne i brzemienne w skutki. Nie dla niego oczywiście, tylko dla nas. Wystarczy stan podgorączkowy albo lekkie skaleczenie i mamy w domu rozhisteryzowaną, konającą ofiarę, która wymaga od nas wysoko wyspecjalizowanej opieki medycznej i psychoterapii, oraz zapewnień, że na pewno nie umrze. Nadludzkim wysiłkiem woli i cierpliwości musimy jakoś przeżyć te erupcje hipochondrii i wyzbyć się jakichkolwiek złudzeń, że gdy my będziemy umierać w malignie na zapalenie płuc, ktoś poda nam szklankę wody. W sytuacji naszej choroby on przyjdzie i zapyta "a co dzisiaj mamy na obiad?". 


P.S. Jestem ciekawa, jakby brzmiała wersja Poradnika opieki nad kobietą. Jeśli ktoś się pokusi do napisania, to pochwalcie się!