czwartek, 7 listopada 2013

TRZECI TYDZIEŃ W ROLI MATKI

Niespokojnych myśli ciąg dalszy. Mąż wrócił do pracy, a my musimy radzić sobie same. Kilka razy odwiedziła nas babcia. Jej pomoc jest nieoceniona. Moja irytacja Jej radami i postępowaniem również... Liczyłam na większe zrozumienie mojej potrzeby spokoju, a tymczasem zakochana we wnuczce babcia, chciałaby się bawić z Małą, układać Jej rozkład dnia, no i być przy nas cały czas... Chyba czeka nas poważna rozmowa (oby tylko babcia nas zrozumiała i się nie obraziła...).

Całe szczęście, że pogoda dopisuje. Na spacerze Mała ładnie śpi, ja mogę nawdychać się głęboko świeżego powietrza, uspokoić, wyciszyć emocje i przy okazji zrobić małe zakupy. Na początku trochę bałam się wychodzić, ale wizyty w poradni laktacyjnej i tak zmusiły nas do codziennych spacerów. Nadal ubieram i opatulam Małą z niepokojem... Nie wiem już jak bardzo zimno jest za oknem, bo ja ciągle jestem zgrzana. Ale mamy swoje sposoby - dodatkowy koc w torbie i jesień nam nie straszna. Nóżki, rączki, nosek i kark nie są ani za zimne ani za ciepłe.

Zaliczyłyśmy już pierwszą wizytę u pediatry (rozwój prawidłowy, delikatnie powiększone brodawki od moich hormonów wyssanych z mlekiem, no i zapomniałam zupełnie o podawaniu witaminy K i D...). Dostałam porządny ochrzan za nieszczepienie dziecka, wykład o tym jaką wyrodną matką jestem (nie pytajcie dlaczego nie szczepimy – napiszę o tym oddzielnie, bo to poważna sprawa). Też pokrzyczałam trochę na lekarza i uciekłam z przychodni. Położna środowiskowa na przedostatniej wizycie też kręciła nosem na te nasze fanaberie, ale była miła, grzecznie i zwięźle odpowiadała na moje pytania. Rozmawiałam przez telefon z innym pediatrą, który przyjmie nas do siebie gdy mała skończy miesiąc i ustali indywidualny kalendarz szczepień. Pediatra postraszył bakteriami i zarazkami w przychodniach i marketach i teraz gonię wszystkich do mycia rąk i staram się stworzyć prawie sterylne warunki naszego bytowania (obsesja, wiem wiem... przejdzie).

Zdecydowaliśmy się na smoczek. Palec w roli uspokajcza to masakra – stać nad Małą za każdym razem gdy marudzi, ciągle myć ten palec... Ja wiem że Mała szybko się przyzwyczai, że ciężko będzie Ją oduczyć ssania, że narażam jej zgryz i czystą wymowę, ale to taka ulga dla dziecka i rodzica... Zasypia ze smoczkiem i sama wypuszcza go z buzi gdy zaśnie, zapewne w obawie przed kazaniami taty ;)

No i doszła nam straszna, straszna przypadłość – krostki na buzi. Gdyby zrobiły się na pupie, mama by się nad dzieckiem nie litowała za każdym razem gdy na nie patrzy. Obserwuję te małe pryszcze na czole, nosku, policzkach przy każdym karmieniu. Dobrze, że Mała nie wie że je ma, nie przeszkadzają jej zupełnie. Moja kochana kropkowana :)

Broniłam się przed wizytą z Małą u dziadków (Jej pradziadków), którzy fizycznie nie daliby rady do nas dotrzeć, ale spasowałam, bo jak to mówią upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. Pradziadkowie zobaczyli prawnuczkę, a prababcia która jest chirurgiem ortopedą dziecięcym obejrzała Małą, stawy biodrowe, napięcie mięśniowe i inne takie. Wszystko jest ok, a nawet lepiej.

Zmęczona, ale wyglądająca na szczęśliwą, zasnęła wieczorkiem tak błogo i spokojnie.

wtorek, 5 listopada 2013

DRUGI TYDZIEŃ W ROLI MATKI

Ostatnia wizyta w poradni laktacyjnej zakończona sukcesem. Mała je już tak ładnie, że wystarczy jej samo ssanie piersi. Udoskonaliłyśmy pozycję do karmienia – poduszka fasolka i zdecydowany chwyt za kark (brzmi brutalnie, ale to po prostu właściwe ustawienie główki, nos się nie zatyka, broda nie jest przyciśnięta do klatki piersiowej i Mała może swobodnie przełykać). I słyszę jak przełyka! I płaczę z radości. A za chwilę płaczę, bo co z tego że ładnie je, jak nie robi kupy... Siedzę więc z tym paskudnym laktatorem i męczę moje i tak już wymęczone piersi. Ściągam te 40 ml pokarmu i podaję Małej dodatkowo na ostatni posiłek około pierwszej w nocy, żeby najedzona spała smacznie do piątej rano. Nie znoszę zabawy z laktatorem. Jestem zmęczona, rozdrażniona, a mleko słabo leci. Mam świadomość, że koło się zamyka – gorzej śpię i się stresuję, to mleka jest mniej. A jak jest go mniej, to się denerwuję i płaczę. Hormony szaleją.

No i dziecko moje kochane pożałowało matki, chcąc ulżyć jej cierpieniu posrytało się po uszy! Pielucha, body, pajac, kocyk, kołderka... Wow! A mama znów w płacz. Tym razem z radości. Przymusowa kąpiel. Krzyk nieziemski. Drgawki, kaszel, drżący podbródek. Palec uspokajacz i kołysanie tym razem pomogły... Uff... Moja radość z kupy miesza się z obawą przed tym, czy poradzę sobie z kolejną histerią. Całe szczęście, że jeszcze w tym tygodniu mój mąż jest z nami. Ja nie wiem skąd on czerpie siłę. Chwyta Małą pewną ręką, wspaniale sobie radzi z przewijaniem, kąpaniem, przebieraniem, pielęgnacją pępka i ze wszystkim innym. Patrzy na Małą trzeźwym okiem, potrafi w mgnieniu oka ocenić sytuację i podjąć decyzję. A do tego przytula mamę, głaszcze, uspokaja i obiecuje, że wszystko będzie dobrze. No ja nie wiem skąd ten instynkt tacierzyński... :) O śpiewaniu, kołysaniu, układaniu na brzuszku i czułych rozmowach już nawet nie wspomnę... (ja mam serce w gardle przy każdym układaniu na brzuchu, a Mała się uspokaja, podciąga głowę i potrafi przekręcić ją z jednej strony na drugą).

Inne świeżo upieczone mamy narzekają na brak czasu i niemożność zrobienia czegokolwiek wokół siebie czy w domu. Nasza Mała wypłacze swoje, pomarudzi, ale zaśnie i to na dwie, trzy godziny. Wtedy mogę zrobić obiad, pranie, usiąść do komputera, poczytać książkę... Ale robię to z wielkim wyrzutem sumienia. Czuję, że jestem złą matką, bo uciekam w to sprzątanie przed jej krzykiem i płaczem. I tak bardzo się staram wykrzesać z siebie radość z każdej chwili spędzonej wspólnie, ale czasami sie potrafię. Opieka i pielęgnacja idą przodem, a dopiero za nimi bliskość i emocje. To się zmieni, prawda? Zmieni z pewnością... Potrzeba tylko czasu...

niedziela, 3 listopada 2013

PIERWSZY TYDZIEŃ W ROLI MATKI

To będzie historia o tym, jak jeden mały człowieczek zmienia życie grupy dorosłych, a w szczególności matki, która wydała go na świat i której spokojne dni i myśli odeszły w niepamięć... A wszystko zaczęło się już kilka godzin po porodzie, kiedy to duma z faktu że dałam radę zaczęła słabnąć. Mój mąż pojechał do domu po godzinie odwiedzin, sąsiadka z łóżka obok zgasiła światło na sali, a położne zamknęły się w swoim pokoiku. Maleństwo spało. Mnie wszystko bolało. Znośnie, ale jednak. Nie wiedziałam za jaki czas moje dziecko się obudzi i co powinnam z nią zrobić... W głowie kołatały mi myśli – oprócz spania musi jeść, a przed jedzeniem trzeba zmienić pieluchę. Dałam radę i przewinęłam dziecko. Moje brodawki nie nadawały się do karmienia, a z piersi nie sączyło się nic... Z bólem serca wyparzyłam butelkę i poszłam do położnych po dawkę sztucznej mieszanki. Mała najadła się i zasnęła w swoim tymczasowym "łóżeczku". Ja poszłam w jej ślady.

W szpitalu trzymali nas trzy doby. Mąż spędzał z nami całe dnie, pojawiali się też pierwsi goście, a Mała spała w najlepsze. Krzyk i histeria tylko przy rozbieraniu do naga i ponownym ubieraniu. A do badań trzeba było powtarzać tą czynność kilka razy dziennie.

Z moich piersi zaczęła sączyć się siara. Baaardzo powoli i niewielkich ilościach. Odciągałam te kropelki strzykawką z odwróconym tłokiem i podawałam Małej na palcu do buzi. Szalona miała niesamowity odruch ssania. Położne doradziły mi zakup kapturków do karmienia i uczyły małą jak z nich korzystać – sztuczne mleko maleńką strzykaweczką podawały od góry kapturka, gdy Mała leżała przy piersi. I tak ssanie spowodowało wypływ pokarmu. Radość moja była ogromna, ale ilość pokarmu znikoma. W ruch poszedł lalktator ręczny i wielkich bólach psychicznych i fizycznych odciągałam po te 10-20 ml może ze dwa razy na dobę. Reszta karmień jeszcze na mieszance.

Do domu wszyscy wróciliśmy z wielką radością i ulgą. I z zapasem herbatki laktacyjnej. Mleka nie wystarczało na karmienia. Na kontrolę do położnej środowiskowej wybraliśmy się sami do gabinetu osiedlowej przychodni, żeby sprawdzić przyrost wagi Małej. Niestety waga spadła, a do tego skóra się zażółciła. Kazali ją dokarmić, żeby robiła jak najwięcej kup, żeby wypłukać bilirubinę z organizmu. Dokarmiliśmy, kupa była, wzrost wagi też. Ale ponieważ nie ustaliśmy w próbach karmienia moim mlekiem zwróciliśmy się do doradcy laktacyjnego przy szpitalu w którym rodziłam. Panią Małgosię pokochałam od razu. Zaczęła wizytę od pewnego i swobodnego chwycenia Małej za kark i przystawienia jej do mojej gołej, małej brodawki, bez żadnego kapturka. A panna zaczęła ssać. Szok. Oczywiście potrwało to krótko, a p. Małgosia uprzedziła, że tylko sprawdzała jej predyspozycje i nam się to tak prędko nie uda... No i uczyłyśmy się jeść przez kapturki. Ważenie przed i po. Ustalanie harmonogramu karmień, a przy okazji badanie poziomu bilirubiny przez neonatologa – i tak spędziliśmy na tych "naukach" pierwszy tydzień życia. Bilirubina spada, żółte zabarwienie skóry i białek oczu powoli znika, uniknęłyśmy powrotu do szpitala i naświetlania. Mała je około sześciu, siedmiu posiłków na dobę, trochę z mojej piersi, trochę z butelki, a resztę niestety dojada sztucznego. Przybiera na wadze. Mocno i długo śpi (jeszcze efekt podwyższonej bilirubiny) i ładnie zasypia, z moim palcem jako uspokajaczem w buzi... A mama przez ten tydzień nabawiła się nerwicy, wypłakała wszystkie łzy jakie miała, namarudziła się mężowi i przysypiała na siedząco. Obawa, że Mała się nie najada była nieodparta. A gdy ładnie jadła i tak płakałam z radości. W nocy spałam z jednym okiem otwartym, czuwając czy aby się nie dusi, czy wybudza się do karmienia, czy jej nie za gorąco, czy nie za zimno...



piątek, 1 listopada 2013

Ciasto dyniowe

W pełni sezonu dyniowego proponuję proste i smaczne ciasto dyniowe z nutą korzennych przypraw. Zatęskniłam za piernikiem i świętami... A ciasto podobno nadaje się dla maluszków od 19 miesiąca życia. 




Składniki : 
  • 500 g dyni pokrojonej w kostkę
  • 100 g mąki razowej 
  • 300 g mąki pszennej (ja dałam tylko mąkę pszenną)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki oleju 
  • 1/2 szklanki mleka 
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka przyprawy piernikowej 


Przygotowanie : 

Z pokrojonej dyni przygotowujemy mus - gotujemy kawałki w rondelku na małym ogniu. Ja akurat miałam w zamrażarce zapas musu dyniowego :) Proponuję zrobić podwójną porcję i zamrozić na kolejne wypieki. 






W misce mieszamy mąkę z cukrem, proszkiem do pieczenia, przyprawą piernikową. W drugiej misce łączymy jajka, mleko i olej. Masę przelewamy do suchych składników, dodajemy przestudzony mus dyniowy. Mieszamy i przekładamy do foremki. Pieczemy w temperaturze 200 stopni około 35-40 minut. 






Smacznego!

poniedziałek, 28 października 2013

Poród - historia prawdziwa

Prawdziwa, bo moja :) Wyczekiwane Maleństwo nie spieszyło się na ten świat. Mama spokojnie zajmowała się swoimi sprawami, aż tu w czwartkowy poranek delikatnie, delikatnie zaczął się sączyć płyn, którego nie sposób było pomylić z innymi wydzielinami. Zaczęły odchodzić wody. Płynu było jak na lekarstwo, wkładki zmieniane co godzina. Z tyłu głowy cały czas mieliśmy "zalecenia" ze szkoły rodzenia - nie przyjeżdżać do szpitala bez czynności skurczowej. No to czekaliśmy spokojnie na skurcze, przegryzając coś od czasu do czasu i oglądając sobie filmy... Skurcze przyszły po południu. Bardzo, bardzo delikatne. Konkretny ból pojawił się dopiero w nocy z czwartku na piątek. Około czwartej, piątej nad ranem zdecydowaliśmy się pojechać do szpitala. Bolało na tyle, że byłam pewna co najmniej 3 cm rozwarcia. Niestety - dopiero pół centymetra! Zrobili mi wszystkie badania, wypełnili mnóstwo papierków i pozwolili zostać na sali porodowej. Dostałam porządny ochrzan za zwlekanie tyle godzin z przyjazdem do szpitala. Od momentu aż zaczną odchodzić wody trzeba pojawić się na izbie przyjęć w ciągu trzech, czterech godzin, bez względu na to czy są skurcze, bo konieczni trzeba podać dziecku antybiotyk. Cóż, nie wiedziałam. Antybiotyk i tak dostałam od razu po przyjściu na salę porodową. Piękną, dobrze wyposażoną (wanna, prysznic, drabinki, piłka). Siedzieliśmy tam z mężem tylko we dwoje, co jakiś czas przychodziły położne, pielęgniarki, salowe, lekarze, a nawet kobitka z pytaniem, czy wezmę udział w niedzielnym referendum tu w szpitalu. Pani krępowała się mniej niż ja, siedząca na golasa w wannie... cóż... Skurcze były coraz mocniejsze. Te przy 5 centymetrach przyprawiły mnie o płacz i pojękiwanie. Najlepiej było mi na piłce, ale Maleństwo nie chciało się dobrze wpasować w drogi rodne, więc kazali mi chodzić. Skurcz na stojąco - tragedia. Musiało być widać to cierpienie na mojej twarzy, bo ja widziałam łzy w oczach mojego męża. Padło pytanie z ust położnej - decyduje się Pani na znieczulenie? Hmm... nie planowałam. Miałam być dzielna do samego końca. Ale uległam. Nie dałam rady. Po tym jak przyszedł lekarz i wyjaśnił jak to działa i jak bezpieczne jest dla mnie i dla dziecka, zdecydowałam się. I nie żałuję. Absolutnie. Panicznie bałam się wkłucia w kręgosłup. Dostałam drgawek, a do tego te skurcze... Anestezjolog trochę namęczył się ze znalezieniem właściwego miejsca. Ból był, ale znośny. Poczułam jak ciepło rozchodzi się po lędźwiach, miednicy i za chwilę po całym ciele. Uspokoiłam się i ulżyło mi. Dawka na 2 godziny. Co chwila spinałam mięśnie nóg, ud, pośladków, by upewnić się, że nadal mam w nich czucie. KTG zaczęło wariować, mocne skurcze ponad skalę, zupełnie dla mnie nieodczuwalne. Ale skurcze osłabły i trzeba było podać oksytocynę. Po godzinie błogiego lenistwa przyszła położna, zbadała rozwarcie i z uśmiechem powiedziała - piękne 10 cm, mogłabym wyciągnąć małą za tą owłosioną główkę :) Ojej, nasze Maleństwo ma włoski na głowie! Rozczuliłam się, ale położna sprowadziła mnie na ziemię, mówiąc - skup się, urodzisz w tym znieczuleniu, tylko daj znać jak przyjdzie parcie. Przyszło i to szybko. Dokładnie takie jak przy wypróżnianiu się. Mogłam wstać na nogi i przeć na stojąco albo w kucki. Napinałam się z całych sił, licząc na to, że wkrótce będzie po wszystkim, ale nie szło... Spróbowałam na leżąco, lepiej, ale nie popychałam mojej Kruszynki na świat. Położna pomagała, ale zirytowała się. Kazała mocno nabrać powietrza, przyciskać brodę do klatki piersiowej i przeć z całej siły. Ale ja krzyczałam tylko, że nie mam siły, że nie dam rady. Położna się podirytowała. Mój mąż cały czas był ze mną i mówił mi, że dam, że muszę, że jestem dzielna, że jeszcze trochę... Ale ja się zawiesiłam. Przyszedł lekarz i inne położne. Usłyszałam - na marudzenie ma Pani siłę to i na parcie się znajdzie! I tak za którymś razem z pomocą położnej, lekarza i mojego męża wypchnęłam Hanię na świat. Krocza nie udało się ochronić, ale przy mojej kiepskiej współpracy pękło by z pewnością. Nacięcia nie poczułam zupełnie. Widziałam tylko nożyczki i byłam pewna, że będę miała ranę tak długą, jak długość ostrza. Jak się później okazało - tylko cztery szwy. 

O 16:20 płaczącą, śliską i pomarszczoną istotkę od razy położyli mi na brzuchu. Poczułam radość nie do opisania. Szok i zachwyt. Przyznaję, że największą uciechą na ten moment był fakt, że się udało. Płakaliśmy. Nawet położna uroniła łzę. Hania płakała, trzęsła się z zimna. Krew przestała tętnić i tatuś przeciął pępowinę. Maleństwo zabrali na mycie, ważenie i mierzenie. 3630 gram i 56 centymetrów, 10 punktów w skali Apgar. Ja w tym czasie urodziłam łożysko. Po tym co przeszłam, nie było to trudne. Lekarz zszył mi krocze, z podwójną dawką znieczulenia (moje przestało już działać). Przyznaję, bolało. Ale to zupełnie inny ból, miejscowy, krótkotrwały. Oddali mi małe zawiniątko, śliczne i takie kruchutkie. Okazało się, że z samochodu nie wzięliśmy torby z rzeczami dla Hani... Mąż pobiegł po rzeczy, a ja próbowałam przystawić Małą do piersi. Guzik. Nic z tego. Nie dość, że nie było w nich mleka, to jeszcze się okazało, że mam kompletnie wklęsłe brodawki i dziecko za nic ich nie uchwyci. Położna próbowała mi wyciągnąć brodawki za pomocą strzykawki z odwróconym tłokiem, ale bezskutecznie. W ciągu godziny obmyte i ubrane zostałyśmy przewiezione na salę poporodową, gdzie towarzyszyła nam jedna mama ze swoją córeczką. Do północy musiałam oddać pierwszy mocz. Nie było trudno, nie szczypało, niepotrzebnie się obawiałam. Wieczorem Maleństwo zostało nakarmione butelką. W zasadzie sama ją nakarmiłam. Nie miałam wyjścia, musiała coś zjeść. Ja tymczasem odsysałam strzykawką śladowe ilości siary i podawałam Hani na palcu do buzi. Noc nam minęła spokojnie, Maleństwo dużo spało, a mi udało się nie brać żadnych środków przeciwbólowych, mimo, że obkurczająca się macica dawała się we znaki. Rano obudziła nas seria badań, pobranie krwi, ważenie, mierzenie, ocena pępka, oczu, zażółcenia skóry i ogólny wywiad środowiskowy. I tak co kilka godzin. Badanie przesiewowe słuchu, sterta innych badań. Zdecydowaliśmy się z mężem na nieszczepienie Małej w szpitalu. Myślałam, że będą nas nakłaniać do szczepień, ale do samego końca uszanowali naszą decyzję, wpisując w książeczce zdrowia - matka nie wyraziła zgody na szczepienie. Mała miała niewielki spadek wagi w pierwszej dobie, a w drugiej nawet wzrost. Wypuścili by nas do domu już w niedzielę, w drugiej dobie, ale z racji długiego sączenia się wód płodowych, musieli wykonać jeszcze serię badań. Zdążyli nas odwiedzić w szpitalu najbardziej niecierpliwi goście. Nie ukrywam, że bardzo mnie to zmęczyło i poirytowało. Z jednej strony rozumiem tą nieodpartą chęć zobaczenia maleństwa, ale z drugiej... ja nie byłam gotowa na wizyty, czego niektórzy nie zrozumieli. Wypisali nas w poniedziałek. Wszystkie wyniki badań i moje i Hani bardzo dobre. Jeszcze trochę formalności, książeczka zdrowia, nasze wypisy z dalszymi zaleceniami (zdjęcie szwów za tydzień) i popołudniu byliśmy już w domku. Pogoda była śliczna, Mała spała uroczo w drodze do samochodu. Zachwyceni rodzice i spokojne Maleństwo. Dotarliśmy szczęśliwie do domku, nieświadomi tego co nas czeka... :) 


Patrycja, mama Hani :)

wtorek, 22 października 2013

Czterdziesty tydzień - 11.10.2013

Bawię się w najlepsze rozglądając się wokół i co widzę jakieś malutkie pęknięcie! Wycieka płyn w którym sobie pływam! Niech ktoś zatka tą dziurkę! Halo! Mamo, tato! Jak możecie tak sobie leżeć i oglądać film? I jeszcze do tego coś mnie ściska i puszcza, za chwilę znów ściska i znów puszcza. Wytrzymałam tak panikując kilka godzin, ale coś się dzieje... Mamooo... zaczynam spadać! Pchasz mnie i muszę się przeciskać... Boję się!
Z miłego, ciepłego miejsca w brzuszku trafiłam wprost w ramiona mamusi. Wszyscy płakali i krzyczeli, to i ja dodałam conieco od siebie. Było mi zimno i nie wiedziałam co się dzieje. Dopiero jak usłyszałam bicie serca mamy, zrobiło mi się lepiej. To ten dźwięk słyszałam tyle miesięcy. I tatuś był blisko, słyszałam jak do nas czule mówi. Dzielnie przeciął pępowinę, zrobił nam kilka zdjęć. Potem gdy, już się trochę uspokoiłam, jakieś inne ręce zabrały mnie od rodziców. Umyli mnie, zbadali, opatulili miękką pieluszką i krzyczeli coś o 10 punktach. Zważyli mnie (3620 g) i zmierzyli (56 cm) i oddali mamusi. Byłam taka głodna, z maminej piersi miało lecieć mleczko, ale... niczego tam nie było :( Zawinięta w kocyk pojechałam z mamą do innej sali, gdzie inne mamy leżały ze swoimi maleństwami. Jak dobrze wiedzieć, że jest nas więcej! Pani położna przyniosła nam butelkę z mlekiem i dzięki temu mogłam spokojnie zasnąć, wyczerpana i zdenerwowana. Tak oto przyszłam na świat :) 


Poprzednie wpisy z Pamiętnika Kruszynki znajdziecie TUTAJ

piątek, 18 października 2013

Bezalkoholowe drinki - przepisy

Zgodnie z obietnicą przygotowałam dla Was przepisy na bezalkoholowe drinki. Warto spróbować, bo stanowią urozmaicenie dla zwykłych soczków, a jednocześnie są zdrowe dla kobiet w ciąży i karmiących matek. Jeśli chcecie przygotować coś ekstra na Baby Shower to takie drinki świetnie się do tego nadają. Na razie przepisy są tylko dwa, ale w przyszłości będę uzupełniać listę. 



Mojito


Lubicie smak miętowej słodyczy, która kojarzy się z tradycyjnym Mojito? Bezalkoholowa wersja drinku jest równie pyszna!

Składniki:


  • sprite
  • limonka
  • świeża mięta
  • cukier brązowy lub trzcinowy
  • kruszony lód


Do szklanki wsypujemy kruszony lód. W domowych warunkach możemy zawinąć kostki lodu w torebkę lub ściereczkę i rozkruszyć tłuczkiem. Następnie szatkujemy liście mięty i wsypujemy do szklanki. Nalewamy sprite i wyciskamy sok z połówki limonki. Na koniec dodajemy pół łyżeczki cukru brązowego. Można go zastąpić trzcinowym, który dodatkowo nadaje ciemnego zabarwienia i karmelowego posmaku. Mojito gotowe! 






Truskawkowo-bananowe wariacje


Dla tych, którzy lubią owocowe drinki – koktajle.

Składniki:


  • Truskawki mrożone albo świeże
  • Sok lub nektar bananowy
  • Cukier
  • Woda mineralna
  • Świeża mięta do ozdoby

Garść truskawek mielimy w blenderze. Dodajemy do nich pół szklanki soku bananowego i odrobinę wody mineralnej. Wszystko dobrze mieszamy. Możemy dosłodzić do smaku i ozdobić listkiem mięty. 






Smacznego!

Znacie inne przepisy na bezalkoholowe drinki, które możecie polecić?